Muzykę odbieram całym sobą

15 maja 2017

Front Row Heroes zostało założone w 2009 roku przez Cypriana Busia i Emi Barabasz jako kolektyw promotorów koncertów. Agencja jest zwycięzcą konkursu Young Creative Entrepreneur – Music 2011 organizowanego przez British Council, a także laureatami nagrody „Aktivist” – Nocne Marki w kategorii Agencja Roku 2011. Od 7 lat FRH organizuje w Krakowie miejski festiwal Green ZOO, w ramach którego wystąpiło do tej pory ponad 100 zespołów z całego świata.

Cyprian, znamy się z korytarzy Instytutu Socjologii UJ, krakowskich boisk, gdzie zdarzało nam się razem ganiać za piłką, czy koniec końców z sal klubowych. Kompletnie jednak nie kojarzę, skąd pomysł na Front Row Heroes? Kiedy i w jakich okolicznościach powstała agencja?

Cyprian Buś: Zacznijmy… od początku. Muzyka towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Już jako nastolatek regularnie jeździłem na koncerty. Zdarzały mi się wypady do Pragi, Berlina, Warszawy czy na Śląsk. Właśnie w Katowicach nastąpił pewien przełom. W połowie lat 90. na koncert do Spodka przyjechał zespół Smashing Pumpkins. To była moja ulubiona kapela. Ich kasety miałem „zajechane” na maksa. A tu nagle byli dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zupełny kosmos! To najpiękniejsze przeżycie, gdy możesz zobaczyć ukochany zespół z bliska. Muzyka, zwłaszcza muzyka rockowa, jest prawdziwa dopiero w wykonaniu na żywo. Ten koncert pamiętam ze szczegółami do dziś. To było we Wszystkich Świętych, więc dodatkowo musiałem przełamać obiekcje rodziny.

Drugim takim przełomowym momentem był wyjazd do Londynu, gdzie przez prawie dwa lata mieszkałem razem z bratem. To już były czasy internetowe. Dyski mieliśmy wypełnione fajnymi rzeczami. W stolicy Anglii w przeciągu paru miesięcy byliśmy w stanie zobaczyć niemal wszystkie zespoły, których wtedy słuchaliśmy i które działały na naszą wyobraźnię. Z bratem chodziliśmy regularnie na 3-4 koncerty tygodniowo. Praca, koncert, praca, koncert – tak wyglądało tam nasze życie. Gdy zacząłem myśleć o powrocie do Polski, to wiedziałem, że będzie mi brakowało tych gigów. Nie miałem jeszcze w głowie żadnego planu, ale po koncertach zacząłem te zespoły zapraszać do Krakowa. To były wtedy luźne pogawędki, ale tak naprawdę miałem nadzieję, że kiedyś uda mi się je usłyszeć w Polsce. Tak było np. ze świetną grupą The Thermals. Wprawdzie nie udało mi się ich ściągnąć do Krakowa, ale na szczęście widziałem ich na II edycji Off Festivalu w Mysłowicach w 2009 roku.

To kiedy zorganizowałeś swój pierwszy koncert?

CB: Pierwszy „mój” koncert zorganizowałem w… Warszawie, w nieistniejącej już kultowej Jadłodajni Filozoficznej. To był kanadyjski duet Handsome Furs. Udzielał się w nim Dan Boeckner, który grał także z Wolf Parade stanowiącym absolutnie wtedy dla mnie topowy zespół. Po prostu na MySpace (tak, była kiedyś taka platforma muzyczna) wyczaiłem, że mają trasę w Niemczech, a potem grają też w Poznaniu. Skoro grają tam, to równie dobrze mogą zagrać w Krakowie – spontanicznie pomyślałem. Napisałem do nich po prostu i dostałem pozytywną odpowiedź. W Krakowie miałem jednak problem z miejscówką i ostatecznie zorganizowałem ten koncert w stolicy. Trochę na dziko, trochę dzięki znajomym, którzy studiowali w Warszawie, jednak udało mi się to ogarnąć w miarę sprawnie. To było jesienią 2008 roku. Potem już było z górki… Z drugim gościem z Wolf Parade, czyli Spencerem Krugiem, zrobiłem koncert jego innego zespołu Sunset Rubdown w Muzeum Manggha i warszawskiej Hydrozagadce. Potem na wiosnę 2009 roku Handsome Furs powrócili do Europy i zorganizowałem im koncert w Re (tu, gdzie dziś siedzimy) oraz ponownie Hydrozagadce.

A skąd się wzięła nazwa agencji Front Row Heroes? Zawsze w pierwszym rzędzie?

CB: Tak, dokładnie. Przez odstawianie niezłych „akcji” na koncertach tuż pod sceną. Nazwa wymyślona wspólnie z koleżanką Emilią Barabasz. Ona mieszkała w Warszawie i była osobą odpowiedzialną za koncerty w stolicy.  Zawsze do Warszawy docierałem, żeby koordynować to wszystko i być w tym pierwszym rzędzie. Lubię „dać popalić”. Nie stoję i nie podpieram ścian, chcę w ten sposób też pokazać zespołowi, że mi na nich zależy. Ja akurat tak mam, nie umiem inaczej. Muzykę odbieram całym sobą.

To prawda. W środowisku znany jesteś z ekstatycznych harców pod sceną. Kiedyś rzeczywiście wiele zachodnich, alternatywnych zespołów podkreślało, że polska publika rewelacyjnie reaguje na występach. Moim zdaniem w tej kwestii jednak „duch w narodzie ginie”. Czy zgadzasz się z tą opinią?

CB: Powiem tak. Jako organizator koncertów mogę to już wziąć na własne barki. Gdy się ściągnie dobry zespół, jak to było przykładowo jesienią z Operators w Re, to spokojnie można orzec, że „duch w narodzie nie ginie”.

A dlaczego koń w logo? Czy to symbol tego, że nie ma dla ciebie przeszkód nie do pokonania?

CB: To była luźna koncepcja. Koń jako symbol wolności, działania bez ograniczeń, nie rozglądania się dookoła tylko parcia do przodu. To koń w pędzie – dla ścisłości! Po pierwszych udanych koncertach naturalnie pojawiła się myśl, żeby to jakoś oflagować, żeby ludzie mieli jakiś odnośnik i przychodzili na kolejne nasze koncerty. Zresztą cały czas przyświeca mi cel, żeby zapraszać dobre, ale mniej znane zespoły.

Agencja dostała kilka wyróżnień. Próbowałeś zliczyć, ile koncertów zorganizowałeś? Czy to były cały czas koncerty organizowane na linii Kraków-Warszawa?

CB: Na pewno ponad 300 koncertów, wliczając w to imprezy w ramach festiwalu Green ZOO. Choć Emilia po jakimś czasie zrezygnowała z organizowania gigów w stolicy, to starałem się to ciągnąć dalej na tej linii. Mocną próbą budowania marki było powołanie do życia Green ZOO właśnie. Na razie udaje się rokrocznie zrobić pod tym szyldem spójne wydarzenie, na które przyjeżdżają nieoczywiste zespoły, z różnych bajek, ale na pewno warte uwagi. Teraz, na przełomie maja i czerwca, będzie już siódma edycja.

Czego możemy spodziewać się zatem w tym roku. Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy?

CB: Zaczynamy 26 maja. Tę edycję zainauguruje znana już krakowskiej publiczności Molly Nilsson. Ona też zaprosiła do udziału zespoły, które zna z berlińskiej sceny. Będzie przyjacielsko, będzie kanadyjsko, czyli tak jak powinno to działać.

No właśnie. Dużą liczbę artystów sprowadzasz z Kanady. Dlaczego? To jakaś twoja fascynacja tym krajem?

CB: To są moje korzenie. Zaczynałem od Wolf Parade, potem była m.in. Basia Bulat. Takim szerszym punktem odniesienia jest grupa Arcade Fire, którą bardzo cenię. Ten zespół, tak jak Wolf Parade, pochodzi z Montrealu. Stąd też zachwyt tamtejszą sceną.

Artysta, którego z chęcią widziałbyś w Krakowie? Wspominałeś wcześniej, że próbowałeś załatwić koncert The Thermals w Krakowie…

CB: Oh, man! Masz tyle czasu? Nie wiem, gdzie zacząć, nie wiem, gdzie skończyć! Mam mnóstwo marzeń. Chciałbym np. zrobić koncert kanadyjskiego wokalisty Maca DeMarco w jakimś małym klubie. Jego występ dla maksymalnie 150 osób to byłaby wspaniała sprawa. Pamiętam go, gdy udzielał się jeszcze w małych klubach. Teraz jego historia nieco się rozrosła, stąd taki skromny gig byłby de facto… dużym wydarzeniem.

Ale takim największym marzeniem jest koncert Wolf Parade w Krakowie. Zespół niedawno wznowił działalność i występują w nim muzycy (wspomniani Spencer Krug i Dan Boeckner), którym zawdzięczam swoje początki w tej branży. Raz miałem już nawet datę ich występu w Krakowie. Niestety sypnęła im się trasa.

A który koncert wspominasz wyjątkowo? Jakieś anegdoty, zabawne sytuacje?

CB: W przeciągu dziewięciu lat historii trochę się uzbierało. Cóż, tak jak w życiu, najbardziej zapamiętujesz pierwsze koncerty. Tak było np. z koncertem Sunset Rubdown w warszawskiej Hydrozagadce. To był zespół, który grywał w dużych salach dla kilkuset osób. W Hydrozagadce pracował old-schoolowy akustyk, który był lekko „wczorajszy”. A Sunset Rubdown miał swojego nagłośnieniowca, który był przyzwyczajony do pewnych standardów. Panowie nie mogli dojść do porozumienia. Niemal się pobili. Sytuacja była bardzo napięta. Trochę się narobiło „kwasu”, na szczęście rozeszło się po kościach.  Zespół zagrał tylko dlatego, że dzień wcześniej w Krakowie byli pod wrażeniem atmosfery. Udało nam się też lepiej poznać poprzedniego wieczora. Uznali, że jestem spoko gościem i zagrali w sumie tylko dlatego. Koniec końców dali przepiękny koncert. Z perspektywy czasu wspominam to zabawnie, choć wyglądało naprawdę groźnie.

A Twój ulubiony polski wykonawca?

CB: Absolutnie Kaseciarz.

Agencja w tej chwili to tylko Ty?

CB: Po pierwsze – to przede wszystkim ludzie, którzy przychodzą na koncerty. Bez nich to wszystko nie miałoby sensu. Po wtóre – to wszyscy, którzy mi pomagają. Ja tylko kumuluję sytuację.

Off czy Open?

CB: Off, of course.

Na koniec pytanie z czapy: kto w tym roku wygra Ligę Mistrzów?

CB: Atletico Madryt, of course (może uda się w przyszłym sezonie – dop. red.).

Rozmawiał Artur Jackowski

 

Wywiad jest częścią cyklu rozmów z niezależnymi artystami i kreatorami kultury DIY po krakowsku.

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.