Mgławica Lem

25 lutego 2021

Sto lat temu we Lwowie urodził się Stanisław Lem. Jak wyglądało życie autora popularnych powieści science fiction? O pracy nad biografią pisarza, która ukaże się w tym roku, opowiada badaczka Agnieszka Gajewska.

Karnet: Stanisław Lem mówił o sobie w wywiadach rzekach, Wysokim Zamku czy listach… Czego jeszcze nie wiemy o pisarzu?
Agnieszka Gajewska:
Wydaje mi się, że nie wiemy jeszcze wielu rzeczy. Choć zwykle traktuje się wywiady rzeki jak teksty autobiograficzne, to w literaturze przedmiotu istnieje bardzo wyraźne rozróżnienie między wywiadem, nawet obszernym, a autobiografią. Wywiady są ograniczone do tych pytań, na które autor chciał odpowiedzieć i które zadawał mu rozmówca. Dodatkowo Lem zazwyczaj używał w nich form bezosobowych, rzadko mówił w pierwszej osobie, dlatego trudno niekiedy dowiedzieć się, co naprawdę myślał i jaki miał stosunek emocjonalny do konkretnych wydarzeń. W Wysokim Zamku, który jest z jednej strony esejem autobiograficznym, a z drugiej traktatem o zapominaniu i pamiętaniu, Lem podkreślał we wstępie, że opisuje tylko jeden z wybranych wątków swojej młodości, a zatem wiele innych przemilczał. Lem zostawił też obszerną korespondencję, ale i w tym przypadku uciekał od spraw osobistych na rzecz zajmowania się problemami globalnymi. Nawet do najbliższych przyjaciół rzadko pisał o tym, co czuł i myślał, zazwyczaj referował bieżące wydarzenia i inspirujące go lektury. Podczas pracy nad biografią Stanisława Lema te wszystkie teksty – nawet Wysoki Zamek – potrafiły sprowadzić mnie na manowce. Bardzo dużo rzeczy w tej książce Lem pominął albo sprowadził do anegdoty.
Najbardziej tajemniczy pozostaje okres lwowski, a szczególnie dużo problemów sprawia rekonstrukcja jego relacji rodzinnych. Nadal brakuje też informacji o tym, kto pomagał Lemom ukrywać się we Lwowie w czasie okupacji i skąd mieli na to środki finansowe. Musieli dysponować naprawdę ogromną siecią kontaktów, skoro udało im się przetrwać. Myślę, że nie wiemy tego wszystkiego z bardzo prostego powodu: sam Stanisław Lem ze względów bezpieczeństwa nie wiedział, jacy ludzie mu pomagali, poza tym schronienie organizował jego ojciec Samuel.
Interesowały mnie też związki pisarza z kobietami przed przyjazdem do Krakowa i zaraz po ekspatriacji. Relacje te można prześledzić tylko w niewielkim stopniu, a z różnych źródeł wynika, że Lem poświęcał im bardzo dużo energii i spotykał się z wieloma dziewczynami i we Lwowie, i w Krakowie. Było to dla mnie istotne, ponieważ zastanawiałam się chociażby, jak potoczyły się losy dziewczyny, z którą był związany i ukrywał się w czasie okupacji. Jest wiele podobnych, tajemniczych wydarzeń w jego biografii. Listy, wywiady rzeki i inne rozmowy, z których też korzystałam, czy wspomniany Wysoki Zamek to nie były teksty, w których mógł opowiedzieć o sprawach wstydliwych, o rzeczach, z którymi sobie nie radził. Jego rozmówcy nie zdawali sobie sprawy z jego żydowskiego pochodzenia, nie pytali więc o wiele kwestii. Kiedy czytałam dzienniki pisarzy z tego samego okresu, na przykład Jana Józefa Szczepańskiego, bliskiego przyjaciela Lema, czy Mariana Brandysa, to ewidentnie widać, że zmagali się sami ze sobą, mieli do siebie pretensje o różne rzeczy, choć zapewne zdawali sobie sprawę, że ktoś kiedyś będzie mógł przeczytać ich zapiski. Nie sądzę jednak, żeby Lem chciał dokonać takich wewnętrznych rozrachunków jak wspomniani autorzy, dlatego często nie wiemy, w jakim był stanie ducha i jak sobie radził z różnymi trudnymi sytuacjami.

Co sprawiło największą trudność podczas pracy nad tą biografią?
Biografia to gatunek mocno związany z historią polityczną i społeczną. Jeśli dotyczy pisarza, dochodzą do tych rozważań wątki związane z kolejnymi utworami, ich genezą i rezonansem, jaki wywołały. Byłam przekonana, że więcej informacji o jego życiu można znaleźć w beletrystyce niż w esejach wspomnieniowych. A jednocześnie z tych rozproszonych wątków trzeba było zbudować przekonującą całość. Musiałam uwzględnić opowieść o przedwojennym Lwowie, poruszyć kwestię ekspatriacji, a także odtworzyć sytuację żydowskiego dziecka dorastającego w dwudziestoleciu międzywojennym, następnie młodego człowieka, który przeżył okupację, a potem dorosłego próbującego całkowicie odciąć się od żydowskiej przeszłości, co w gruncie rzeczy nie było możliwe. Prześledziłam też, co działo się po wojnie w środowisku polskich Żydów. Oczywiście takie informacje można zaczerpnąć z książek historycznych, jednak by zrozumieć, jak Lem funkcjonował, sięgnęłam po wspomniane już dzienniki jego rówieśników lub osób nieco starszych od pisarza, z którymi łączyły go podobne doświadczenia. Pracy nie ułatwiało mi zacieranie przez Lema śladów żydowskiego pochodzenia oraz niechęć do opowiadania o członkach rodziny, którą łatwo zrozumieć, ponieważ każda taka rozmowa przywoływałaby wspomnienia o okupacji, a zatem bolesne przeżycia, które zostawił za sobą.
Najtrudniejsza natomiast była rekonstrukcja losów kobiet otaczających Lema. Ich troskliwość sprawiła, że mimo rozmaitych trudności, wliczając w to problemy zdrowotne, mógł pisać. Niełatwo było zrekonstruować chociażby biografię jego matki Sabiny, która jest jedną z najbardziej tajemniczych postaci w życiu pisarza, choć przecież mieszkała w Krakowie do lat 70. ubiegłego stulecia. Dzięki Joannie Lisek z wrocławskiej Katedry Judaistyki udało mi się znaleźć dzienniki kobiet, które przed wojną były w podobnym wieku co Sabina, i właśnie te zapiski pomogły mi odtworzyć jej życie w Przemyślu i Lwowie. Nawet próba zrekonstruowania faktów o Barbarze Lem nie powiodłaby się, gdyby nie pomoc rodziny i lokalnych historyków. Po kobietach nie zostaje niestety zbyt dużo śladów, chyba że były albo bardzo bogate, albo dobrze wykształcone, albo tworzyły, dlatego zależało mi, by te wątki pojawiły się w biografii Lema.

Mamy zatem czasy lwowskie oraz opowieść o kobietach bliskich Stanisławowi Lemowi… Co jeszcze w biografii pisarza wychodzi na pierwszy plan?
Jednym z głównych wątków są przygody intelektualisty. Starałam się odpowiedzieć na pytanie, jak młody człowiek, który zamierzał zostać naukowcem – myślał przecież o karierze biologa – stał się pisarzem, potem naukoznawcą, a na końcu zapragnął zostać filozofem. Chciałam pokazać kolejne etapy szukania przez niego swojego miejsca, co jest szczególnie trudne poza instytucjami w przypadku naukoznawstwa i filozofii. Przez brak systematycznego kontaktu ze środowiskiem naukowym Lem stał się samotnikiem, który ciągle na nowo próbował w tych dyscyplinach zabierać głos. Czasem był słuchany, czasem nie, na pewno jednak dialog z naukowcami utrudniała mu jednostronna miłość do matematyki. I nie jest to moja dedukcja czy domniemanie – sam Lem przyznawał, że miał trudności ze zrozumieniem niektórych fragmentów książek poleconych przez kolegów naukowców właśnie ze względu na pojawiające się tam kwestie matematyczne. Natomiast filozofem zapragnął zostać dzięki niezwykłej polskiej myślicielce Helenie Eilstein. Ona po prostu traktowała go jak filozofa i zapewne dlatego Lem sam zaczął tak o sobie myśleć.
Drugi istotny dla moich rozważań wątek dotyczy tego, czy można było po II wojnie światowej zrezygnować z bycia Żydem, gdy podjęło się taką decyzję. O ile na początku Lem mógł liczyć na to, że w państwie socjalistycznym pochodzenie etniczne nie ma znaczenia i decyzja o porzuceniu związków z tradycją żydowską jest jego wyborem tożsamościowym, o tyle po 1968 roku zyskał pewność, że to plan niemożliwy do zrealizowania. Ten pamiętny rok to jeden z trudniejszych okresów w jego życiu, który rzutował na jego późniejsze wybory, w tym na stosunek do działalności opozycyjnej.
No i trzeci punkt – Lem i polityka, czyli czy można było w Polsce Ludowej po prostu pisać i unikać konfliktów z władzą, zostając nawet w pewnym momencie celebrytą. Lem z jednej strony cały czas ostrzegał przyjaciół, żeby się nie angażowali, nie nadstawiali karku, że władza może zrobić z nimi wszystko, a pisanie książek jest najważniejsze, z drugiej zaś – i to nie był przypadek – w okresie poststalinowskiej odwilży powstały najważniejsze jego powieści. To jest ten czas, który fani i fanki nazywają „złotym okresem” jego twórczości. Lem miał duże nadzieje związane z różnymi wydarzeniami politycznymi, w tym z odwilżą czy „Solidarnością", i choć te optymistyczne wizje szybko gasły, to były mu potrzebne, żeby mógł tworzyć.

W jaki sposób Lem chciał być postrzegany jako pisarz?
Lem bardzo zważał na to, co się o nim mówiło, zależało mu na tym, by być dostrzeżonym przez środowiska zarówno krytyków literackich, jak i naukowców. Chciał, by o jego pisarstwie myśleć tak, jak myślimy o Herbercie George’u Wellsie czy o innych wielkich pisarzach, którzy niezależnie od gatunku weszli do kanonu literatury światowej. Bardzo mu przeszkadzało zaszufladkowanie przez krytykę jako autora powieści science fiction, oczekiwał bowiem dyskusji nad swoimi książkami. Jednak cenzura w PRL-u brała szczególnie pod lupę pisma literackie i kulturalne. Nieraz dopuszczano do druku książkę, ale potem wszystkie recenzje jej poświęcone były zatrzymywane. Nie znalazłam zbyt wielu odrzuconych recenzji powieści Lema, ale nawet taka świadomość, że nie można napisać tego, co się myśli o danej książce, była po prostu zniechęcająca dla krytyków i krytyczek, którzy mieliby się tym ewentualnie zająć. Oczekiwanie prawdziwej debaty nad książkami w PRL-u było zatem – powiedziałabym – fantastyczne, bo naprawdę nie było sposobu, by ją podjąć.
Zainteresowanie, którego potrzebował, znalazł jednak w Związku Radzieckim. Tam właśnie po raz pierwszy przekonał się, jakiego kalibru jest pisarzem. Był traktowany jak gwiazda, spotykał się z najważniejszym naukowcami zajmującymi się lotami kosmicznymi. Później wracał do Krakowa na Kliny, i – nie ujmując nic ani Krakowowi, ani Klinom – czuł się po prostu rzucony na pustynię. I choć powstał w Polsce ośrodek badań atomowych, to były na niego przeznaczone znacznie mniejsze fundusze niż na radzieckie placówki tego typu, dlatego naukowcy tam pracujący nie mogli fetować pisarza, jak to czyniono w ZSRR. Natomiast Lem był przede wszystkim znany w Związku Radzieckim jako autor Astronautów i Obłoku Magellana, kiedy dostrzeżono, że utracił tę optymistyczną wizję Kosmosu, to wcale nie tak chętnie zgadzano się już na tłumaczenia jego książek. Borykał się z wieloma problemami, żeby w ogóle się tam ukazały. W końcu publikowano je okrojone, opatrzone wstępem i posłowiem. Na przykład nie wszystkie rozdziały Solaris zostały od razu przetłumaczone – te fragmenty, które uchodziły za metafizyczne, po prostu pominięto.
Później zdobył wielkie uznanie w Niemczech, ale chyba nigdy nie cieszyła go ta sława. Kiedy spotykał się z niemieckimi naukowcami, którzy byli zwykle od niego trochę starsi, od razu zadawał sobie pytanie, co robili w czasie wojny. Lem nie mógł się oprzeć pokusie nieustannego edukowania ich o przeszłości. To na pewno utrudniało komunikację. A jemu tak naprawdę najbardziej zależało na kimś, z kim mógłby się spierać, oczywiście na pewnych warunkach. Dla Lema nie było zatem ważne wykreowanie siebie jako sławnego pisarza, ale znalezienie partnerów do rozmowy.
Kiedy jego powieści science fiction napisane w „złotym okresie” ukazały się w rosyjskim i angielskim przekładzie, przyszła kolejna fala sławy, po której Lem zauważył, że zaczął się zajmować głównie obsługą swojego wizerunku, chociaż wcale nie zamierzał tego robić. Nie miał już czasu na pisanie powieści, bo cały czas odpisywał na różne propozycje, dostawał rubryki w gazetach, pisał felietony – nieustannie starał się na bieżąco zaspokajać zapotrzebowanie wydawców na futurologiczne wizje. Choć bardzo mu to ciążyło, aż do połowy lat 90. nie zdecydował się na zatrudnienie sekretarza. Chyba nikomu nie był w stanie zaufać na tyle, żeby przekazać mu swoje sprawy i opiekę nad światową karierą. Lem zajmował się tym wszystkim sam, a proces obsługi znanego pisarza od strony formalnej przy biurokracji PRL-u był gigantycznym przedsięwzięciem, na pewno ponad siły jednego człowieka.

Czy Lem odnosił się – a jeśli tak, to w jaki sposób – do ewentualnej obecności wątków autobiograficznych w jego utworach fantastycznonaukowych?
To jest kluczowe pytanie, które stawiałam sobie, pisząc moją poprzednią książkę Zagłada i gwiazdy. Tak naprawdę to amerykański slawista i tłumacz literatury polskiej na język angielski Michael Kandel, który był oczarowany twórczością Stanisława Lema, dostrzegł wątki autobiograficzne pojawiające się w jego powieściach. Kandel ze względu na doświadczenia rodzinne i wykształcenie znał historię tego regionu Europy, wiedział więc, jak mogło wyglądać życie Lema podczas okupacji. Dlatego w listach zadawał mu pytania, na które ten odpowiadał szczegółowo, co nie znaczy, że jednoznacznie. Często zmieniał zdanie i w miarę jak obdarzał Kandla coraz większym zaufaniem, odsłaniał kolejne fragmenty swojej biografii. Dotyczyło to zwłaszcza Pamiętnika znalezionego w wannie, który był wielokrotnie omawiany w ich korespondencji, najpierw jako opowieść o czasach stalinowskich, a potem jako zapis przeżyć Lema związanych z okupacją. Badałam zatem takie tematy i obsesje jak bycie ocalałym czy przyglądanie się okrutnym scenom, które są obecne w prawie każdej jego powieści i niektórych opowiadaniach. Czasem pojawiają się one na pierwszym planie, czasem na trzecim, przypominają nocne koszmary i uparcie powracają w różnych utworach. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy zamieszczał te wątki celowo. Jednak Lem we wspomnianych listach do Kandla pisał, że swoją biografię rozbijał na różne postaci, bo to z siebie czerpał materiał do tych wszystkich omawianych w powieściach problemów.
Te same wątki pojawiają się też w twórczości realistycznej Lema, czyli Czasie nieutraconym, i również są rozszczepione na kilka postaci. Nie szukałam jednak w jego książkach rekonstrukcji wydarzeń, interesowała mnie raczej opowieść o tym, co przeżył i pokazał przez pryzmat emocji. Dlatego tropiłam sceny dotyczące lęku czy paraliżu wewnętrznego. Dzięki socjolożce i psycholożce Barbarze Engelking, która zwróciła uwagę na możliwość traktowania snów jako źródła badań nad Zagładą, łatwiej jest zrozumieć powieści Lema mające konstrukcję sennego koszmaru. Dotyczy to przede wszystkim Pamiętnika znalezionego w wannie, ale nie tylko. Ta struktura upiornego snu, w którym powracają najbardziej nieoswojone wspomnienia z przeszłości, jest według mnie kluczem do zrozumienia tego, co wydarzyło się we Lwowie w czasie wojny. Podczas okupacji kamuflaż czy rozdwojenie tożsamości były podstawą funkcjonowania. Takie właśnie wątki pojawiają się w książkach Lema – od groteskowych wizji bohatera, który w piątek jest inny i spotyka się ze swoją czwartkową wersją, do bardzo poważnych problemów z osobowością jego postaci. Jeżeli weźmiemy pod uwagę Głos Pana, to dla osób, które czytały tę książkę w latach 60. i na początku lat 70. XX wieku, było jasne, że Piotr Hogarth to sam autor. Lem pisał też do wielu przyjaciół, że zawarta w tej samej powieści retrospekcja profesora Rappaporta to jego własne okupacyjne przeżycia, jednak nikt nie podjął tego tematu, co było dla mnie zadziwiające. Jeżeli spojrzy się na książki Lema z odpowiedniej perspektywy i potraktuje poważnie zawarte w nich wskazówki, to nagle ukazują się nam zupełnie nieoczywiste rzeczy.

W twórczości Lema często pojawia się czarny humor, groteska i ironia. Jakie przeżycia autora mogły ukształtować ten specyficzny styl?
Wydaje się, że oczywistą odpowiedzią jest uznanie, że była to próba obronienia się przed PRL-em, ucieczka w formy literackie, które pozwalały w sposób zrozumiały dla odbiorców powiedzieć rzeczy nieakceptowane przez cenzurę, a jednocześnie chroniły przed ingerencją w sam tekst. Ironia i groteska były wówczas wykorzystywane do takich celów. Natomiast mam też wrażenie, że w przypadku Lema mamy przede wszystkim do czynienia z „dziedzictwem kresowym”. Kultura Lwowa wykształciła bowiem nietypowe połączenie plebejskości i wzniosłości, czarnego humoru i ironii. Prawdopodobnie trudno było funkcjonować w środowisku lwowskich elit, do którego należeli Lemowie, jeśli się tej kresowej ironii nie rozumiało i nie potrafiło jej używać. Wielojęzyczność i wielokulturowość tego miasta wytworzyły pewien styl życia, który imitował model wiedeński, ale zachowywał też do niego ironiczny dystans. Poza tym w twórczości Lema pobrzmiewa austriacka tradycja literacka, reprezentowana przez pisarzy, którzy również posługiwali się ironią i groteską, a których Lem bardzo lubił. Podobne poczucie humoru odnalazłam w wierszach Samuela Lema, ale niewątpliwie to Stanisław doprowadził je do perfekcji. Jego neologizmy czy próby łączenia słów z różnych rejestrów pokazują, że wyrastał w świecie, w którym mówiło się różnymi językami. Lem przekręcał wyrazy czy transkrybował słowa z języka jidysz i ukraińskiego, żeby pokazać, że brzmią one zabawnie, ale mają też dodatkowe znaczenie i nie sprowadzają się wyłącznie do żartu.
Ten typ kresowej ironii bardzo mocno widoczny jest w twórczości Lema. Dotyczy to zarówno warstwy językowej, jak i filozoficznej jego utworów.

Pisarstwo Lema to obok twórczości science fiction także powieści realistyczne czy eseje… Które z jego dzieł uważa pani za najbardziej niedocenione?
Na forum lemologicznym nie ma takich książek, którym fani i fanki pisarza nie poświęciliby naprawdę dużo uwagi. Natomiast zadziwiło mnie, że do tej pory przedmiotem analizy praktycznie w ogóle nie była kariera Lema jako scenarzysty, jedynie Małgorzata Hendrykowska zajęła się kilkoma jego scenariuszami. Lem postanowił zostać scenarzystą dosyć szybko, bo już w latach 40. ubiegłego stulecia, wkładał w to pisanie dużo energii i jednocześnie ponosił na tym polu spektakularne porażki. Pisał scenariusze nie tyle dla sławy, ile chciał w końcu zarobić pieniądze, na co nie pozwoliło mu wówczas wydawanie książek science fiction. Dlatego próbował współpracy z telewizją i kinem fabularnym, zresztą bardzo dobrze znał Aleksandra Ścibora-Rylskiego i Andrzeja Wajdę, a więc i związane z nimi środowisko filmowe. Niektóre jego scenariusze przeszły nawet do fazy produkcji, ale ostatecznie większość z nich nie została zrealizowana. Dziś możemy sięgnąć po tom Przekładaniec, nie są to jednak wszystkie scenariusze pisarza.
Jeśli chodzi o publikacje, które nie są w głównym nurcie, to na uwagę zasługuje napisany w latach 80. XX wieku esej Prognoza rozwoju biologii do roku 2040. Nie zastanawiam się nad tym, co pisarzowi udało się przewidzieć, bowiem trudno takie pomysły zweryfikować na podstawie analogii między wymyślnymi neologizmami a innowacjami technologicznymi. Mimo to naukowcom potrzebna jest wizja świata, który nie ma wielu wspólnych koordynat z teraźniejszością, żeby móc przekraczać pewne bariery w umyśle wynikające z naszego ograniczenia współczesnością. Poza tym Lem pokazuje, że rozwój biotechnologii nie jest sam w sobie trudny, bardziej skomplikowane są problemy, które generuje on dla filozofów czy prawników. Na przykład pytanie o to, czy gen jakiejś żywej istoty może stać się własnością przedsiębiorstwa? To jest pytanie, które zadają sobie teraz i korporacje, i prawnicy, i filozofowie. Mam wrażenie, że w ogóle rzadko pokazuje się Lema jako naukowca, który w swoich tekstach wykorzystuje koncepcje zaczerpnięte z biologii, nie zaś z fizyki czy matematyki. To jest niezbadana ścieżka, którą warto pokazać.

Rok 2021 został ogłoszony Rokiem Stanisława Lema. Liczne rozmowy o pisarzu będą toczyć się także w kontekście trwającej pandemii. Co w prozie Lema może nas w tym czasie podnieść na duchu?
Prognozy Lema trudno czytać dla poprawy humoru, wielu krytyków zwracało uwagę na jego mizantropię, która skądinąd wynikała z jego życiowych doświadczeń i trzeźwej oceny zjawisk polityczno-społecznych, choć niektórych zapewne pocieszyłyby Cyberiada i jej podobne groteskowe wizje.
Chciałabym jednak zwrócić uwagę – á propos Lema scenarzysty – na Przekładaniec w reżyserii Andrzeja Wajdy. Lem rozpoczął prace nad scenariuszem do filmu, kiedy przeprowadzono pierwsze udane transplantacje. Zarejestrował i wyolbrzymił wszystkie lęki osób, które były przeciwne tego typu zabiegom. Jego groteskowa wizja polegała na tym, że przeszczep danego organu skutkował przejęciem cech osobowości dawcy, a transplantacja między płciami wiązała się z zatarciem granicy między zachowaniami uznanym za męskie i kobiece. Pojawiają się tam też problemy, które i dziś potrafią rozpalić debatę publiczną, jak transplantacje między człowiekiem a zwierzęciem. To jest filozoficzny film rejestrujący strach przed nowymi wyzwaniami, wobec których stają medycyna czy prawo. Jednocześnie Przekładaniec pomaga się zdystansować od tego typu lęków, bo przecież transplantologia nie wzbudza już tak silnych emocji. Co ważne, czas okazał się łaskawy dla wielu elementów tej futurystycznej wizji, m.in. nie zestarzały się kostiumy zaprojektowane przez Barbarę Hoff. A przecież zrealizowanie filmu science fiction, który po tylu latach nie byłby anachroniczny w warstwie wizualnej, wcale nie jest takie łatwe.
Ten jeden z nielicznych udanych i zekranizowanych scenariuszy Lema – który na dodatek podobał się jemu samemu – może nam dużo zaoferować w naszej pandemicznej sytuacji. Po pierwsze, jest dostępny online, po drugie, dotyczy problemu medycznego, który w 1968 roku rozgrzewał opinię publiczną, a teraz stał się naszą codziennością, po trzecie, pokazuje, jak można się zdystansować od komunikatów prawników bądź firm ubezpieczeniowych dotyczących statusu ludzkiego ciała. Być może właśnie Przekładaniec, a także wspomniana wcześniej Prognoza rozwoju biologii do roku 2040 będą szansą na oderwanie się od licznych utrudnień związanych z pandemią, zdystansowanie się od teorii spiskowych dotyczących wirusa, a jednocześnie stanie się pretekstem do przemyśleń, jak bardzo zmienia nas ta globalna sytuacja.

Rozmawiała Anna Mazur

Agnieszka Gajewska pracuje w Instytucie Filologii Polskiej UAM w Poznaniu, jest profesorką, literaturoznawczynią, autorką książek Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema (2016) oraz Hasło: feminizm (2008). Redaktorka naukowa antologii przekładów Teorie wywrotowe oraz współredaktorka (razem z Maciejem Michalskim) Kultur dziewictwa (2020). Kieruje Interdyscyplinarnym Centrum Badań Płci Kulturowej i Tożsamości UAM. W tym roku ukaże się jej biografia Stanisława Lema.

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.