Po drugiej stronie sceny

29 października 2020

Osiemnaście lat to wiek wciąż obiektywnie młody, ale nigdy nie jest za wcześnie, żeby powspominać!

Wierni uczestnicy festiwalu Sacrum Profanum zapewne pamiętają koncert, który wzbudził ich największe emocje, instrument, który wywołał największe zdziwienie, czy utwór, który zmienił ich sposób myślenia o muzyce. A jak to wygląda z drugiej strony? Swoimi wspomnieniami – różnorodnymi jak sam festiwal – dzielą się artyści. To historia, w której znajdzie się miejsce dla: bluzki z sieciówki odzieżowej, niesubordynacji z fletem u boku, snów o kompozytorach, niespodziewanego powrotu, duchowych wzlotów i jak najbardziej fizycznych upadków.

Owładnięty energią

Zostałem poproszony o spisanie jednego wspomnienia dotyczącego moich wizyt na Sacrum Profanum, a to bardzo trudne zadanie, ponieważ jest z czego wybierać. Przytoczę więc historię najświeższą. W zeszłym roku zagrałem Nerve Cell-0 Zbigniewa Karkowskiego – kompozycję, którą rozwijałem z nim w EMS [centrum muzyki elektroakustycznej – przyp. red.] w Sztokholmie. To bardzo fizyczny i głośny utwór na wiolonczelę i nagraną elektronikę. Wykonywałem go również kilka razy ze Zbigniewem, którego już z nami niestety nie ma. Na Sacrum Profanum czułem się w pewien sposób owładnięty niesamowitą energią i synergią, która wytworzyła się między mną, duchem Zbigniewa i publicznością. To było niezwykle głębokie słuchanie, doświadczenie wywołujące prawdziwą euforię. Przestrzeń i dźwięk idealnie współgrały z utworem. To było najlepsze wykonanie, jakie kiedykolwiek zagrałem. Czułem się, jakbym przeniósł się do innego wymiaru.

Anton Lukoszevieze (Apartment House)


Foto: Michał Ramus


Manifiesta

Uwielbiam przemykać pomiędzy sceną a publicznością podczas koncertów, w których biorę udział jako muzyczka. Na Sacrum Profanum 2018 w ostatniej chwili uciekłam z garderoby, nic nie robiąc sobie z „obyczaju”, jaki ceremonii koncertowej nakłada muzyka klasyczna. Z fletem i w sukience wbiegłam gdzieś pomiędzy publiczność, kiedy nagle uderzyła mnie huraganowa energia Workers Union Louisa Andriessena w wykonaniu chłopaków z Hashtag Ensemble. Sam utwór znam bardzo dobrze i wykonywałam go wiele razy, ale w crossoverowej obsadzie (syntezatory, gitara elektryczna, basklarnet, wibrafon itd.) eksponującej niskie, ciemne brzmienia miał niesamowitą moc. Pod wodzą Huberta Zemlera, który przyjął w utworze rolę Przewodniczącego Związku Pracowniczego, ta industrialna, 20-minutowa symfonia brzmiała jak manifest i fiesta w jednym.

Ania Karpowicz (Hashtag Ensemble)


Nie tylko dla orłów

Na Sacrum Profanum wywinęłam jeden z najbardziej spektakularnych orłów, jakie pamiętam. Wchodziłam do ICE Kraków na pierwszą próbę do koncertu, który miał się odbyć następnego dnia. Dzień był pogodny, buty jesienne, energia poranna. Fiknęłam tuż za drzwiami wejściowymi, jeszcze na wycieraczce, na oczach muzyków Arditti Quartet, którzy w holu czekali, żeby się ze mną przywitać. Nikt nie zdążył mnie złapać. Próby nie pamiętam, za to koncert bardzo dobrze, bo jest dla mnie jednym z najważniejszych momentów na scenie. Na myśl o fikołku nadal się uśmiecham. Na myśl o festiwalu uśmiecham się jeszcze szerzej i dłużej.

Barbara Kinga Majewska


Foto: Michał Ramus


Bez ryzyka nie ma zabawy

Z przyjemnością założyłem się kilka lat temu z młodym kuratorem festiwalu Sacrum Profanum. Nie pamiętam dokładnie, o co był ten zakład. Istotne, że wygrałem, a wygrana miała swoje konsekwencje. Musieliśmy więc wrócić na festiwal rok później i zagrać utwory wyśnionych kompozytorów Krzysztofa. Gdy już się oswoiłem z tymi złymi snami, zacząłem czerpać radość z wykonywania muzyki kompozytorów, o których wcześniej nawet nie słyszałem. Mierzyłem się z wyzwaniem wykonywania zróżnicowanej stylistycznie muzyki w przekonujący sposób. W końcu właśnie w tym celu 47 lat temu stworzyłem Arditti Quartet. Mogłoby się wydawać, że to szmat czasu, ale choć jestem zaangażowany w scenę muzyki współczesnej dłużej niż inni, dzięki wielokrotnym wizytom na Sacrum Profanum zyskałem całkiem nowe i odświeżające spojrzenie na muzykę polską. Cieszę się, że festiwal świętuje 18. urodziny, ale jednocześnie jestem smutny, że wypadły one w czasie tak trudnym dla występów na żywo. Mam nadzieję, że kolejne edycje odbywać się będą już z udziałem widowni, wykonawców grających na żywo i oczywiście mojego Arditti Quartet.

Irvine Arditti (Arditti Quartet)


Foto: Astrid Karger


Bez strachu

Mam w domu taki T-shirt – zwykła czarna bluzka z ha-i-emu. Jak tak w niej czasem chodzę – a chodzę, bo czarny do wszystkiego pasuje – to się zastanawiam, skąd ją właściwie mam. Powraca wtedy szereg obrazów: zupa, sztućców szczęk, ministrant, wielkie husarskie skrzydła. I w końcu wiem: to jedna z tych bluzek, które kupiła nam ekipa zatrudniona przy Operze o Polsce w 2017 roku. Niesamowity był to utwór i taka też była praca nad nim. Nieczęsto robi się coś co najmniej nieodcinającego się od sytuacji społeczno-politycznej, i to bez żeny (!). Ba, teraz to chyba w ogóle ciężko coś takiego zrobić. Utwory zaangażowane odbierane są często jako atak, bunt, nie wzbudzają dyskusji, tylko zwyczajnie dzielą. Czyżby powtarzające się w libretcie „Nie myśl, jedz” stało się dziś najbezpieczniejszym sposobem na przetrwanie? Tegoroczny program dowodzi, że festiwal nie boi się trudnych tematów. Będzie głośno i dosadnie, ale też różnorodnie, jeśli chodzi o muzykę. Może znowu dostaniemy jakieś koszulki. Rozmiary dobrali nam idealnie.

Martyna Zakrzewska (Spółdzielnia Muzyczna contemporary ensemble)


Cud nad Wisłą

Ostatni raz widziałem się z moim przyjacielem, kompozytorem Zbigniewem Karkowskim w Warszawie na Dworcu Centralnym. Był zimny, wietrzny, deszczowy dzień. Obaj byliśmy w drodze i mieliśmy dla siebie pół godziny. Zbigniew prawdopodobnie wracał właśnie z Krakowa. Wydawał się mocno zdziwiony i szczęśliwy, kiedy ogłosił mi: „Mają tam świetny nowy festiwal, który z otwartą głową spogląda w stronę nowej muzyki!”. Wyglądał tak, jakby nie mógł w to uwierzyć – cztery dekady wcześniej wychowywał się w Krakowie, postanowił opuścić kraj, a teraz znowu wpada w jego objęcia. Postrzegał to w kategoriach cudu (i słusznie!). Weźmy samą nazwę festiwalu: „Profanuj święte i uświęcaj sprofanowane”. To dokładnie to, nad czym pracowaliśmy od tylu lat! Zbigniew uwielbiał profanum, ale kiedy lata później zostaliśmy zaproszeni na festiwal z zespołem zeitkratzer, poznaliśmy także tę uświęconą część jego twórczości – wykonując skomponowany przez niego dla nas utwór monochromy, „zwróciliśmy” tę muzykę jego rodzinnemu miastu.

Reinhold Friedl (zeitkratzer)


Foto: David Heerde

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.