Tak się mówi w Krakowie

9 czerwca 2020

Wychodzimy na pole, zajadamy się borówkami, a przy łóżku stawiamy nakastlik… Jakie inne regionalizmy usłyszymy na ulicach Krakowa? Podczas letnich spacerów warto nadstawiać uszu.

Akcja „Bądź turystą w swoim mieście – zwiedzaj Kraków” nabiera rumieńców – wraz z nadchodzącym latem i znoszeniem kolejnych restrykcji związanych z epidemią rozwija się lokalna turystyka, a popularność zyskują mikropodróże. Krakowanie wcielają się w role zwiedzających i wyruszają na spacer po dawno nieodwiedzanych zakątkach miasta. Ale nie tylko oni: do grodu Kraka przyjeżdżają też turyści z innych rejonów Polski. Na ulicach miasta słyszymy dziś najczęściej mowę ojczystą, a co za tym idzie również językowe regionalizmy. Naszą uwagę przykuwają oczywiście te krakowskie – spacerom po nadwiślańskim grodzie nadają one kolorytu, ale są też formą lokalnego dziedzictwa kulturowego, o które należy dbać tak samo jak o zabytki materialne.

Kompendium wiedzy o charakterystycznym dla krakusów słownictwie jest książka Powiedziane po krakowsku. Słownik regionalizmów krakowskich pod redakcją Donaty Ochmann i Renaty Przybylskiej. Pozycję tę można potraktować jako alternatywny przewodnik po typowo krakowskiej rzeczywistości – zapisanej w języku.

Turyści przyjeżdzający do małopolskiej stolicy z pewnością będą zaskoczeni niejednym krakowskim zwrotem. Co może ich zadziwić? Odpowiedzi na to pytanie udzieliła Donata Ochmann, redaktorka wspomnianego słownika, językoznawczyni, leksykolożka i leksykografka: „Turystyczne krótkie odwiedziny zwykle nie ujawniają wiele, zwłaszcza że w takim kontakcie używa się często języka ogólnego. Ale oczywiście każdy, kto choć raz był w Krakowie, a nie jest związany z naszym regionem, ma jakieś osobiste i często emocjonalne wspomnienie z powszechnym tu wyrażeniem na polu. Zaskakująca może być również wskazówka, że np. do Rynku Głównego jest tylko pięć minut na nogach. Do anegdoty przeszła już para Stare Miasto – starówka. Tego ostatniego określenia krakowianie nie używają, a pytających o nią turystów gotowi są kierować na dworzec i pociąg do Warszawy. W jadłodajniach i kawiarniach mogą dziwić sznycle czy napoleonki, które w innych regionach oznaczają coś zgoła innego. Wspomniany nurt zwiedzania nie przez »zaliczanie atrakcji«, ale choć krótkotrwałe uczestniczenie w lokalnej codzienności – wejście na podworzec, zakupy na placu, wynajęcie mieszkania z wyflizowaną łazienką – może dostarczyć niezapomnianych doświadczeń i zadziwień językowych. Uważnemu obserwatorowi i słuchaczowi Kraków ma do zaoferowania w tym zakresie bardzo wiele”.
Nawet wyjazd do sąsiedniego miasta może zatem zaskoczyć szczyptą egzotyki, gdy zostaniemy wybici z rutyny spoglądania na to, co swojskie i znane, przez zupełnie nowe i niezrozumiałe dla nas dźwięki. Tym sposobem regionalizmy spełniają rolę osobliwości dla turystów spoza Krakowa, utwierdzają ich w autentyczności doświadczenia „krakowskości”.
Czy zatem rozwój lokalnej turystyki może przyczynić się do popularyzacji regionalizmów? Oddajmy znów głos Donacie Ochmann: „Zależność, o której mowa, jest wzajemna: lokalne nazwy mogą być interesującą atrakcją, a jednocześnie chęć pokazania miejsca jako niebanalnego stymuluje odkrywanie i ożywianie tych niepowtarzalnych, wyróżniających słów. Wskazałabym trzy obszary funkcjonowania regionalizmów w oczywisty sposób związane z turystyką, czyli zwyczaje i miejsca, a także kuchnię, bez której zwiedzać trudno.
Krakowskie zwyczaje są dość znane, choćby szopkarstwo wpisane na listę światowego dziedzictwa czy Emaus i Lajkonik – to swoiste wizytówki miasta. Właśnie dbałość o zachowanie tego niematerialnego dziedzictwa zobowiązuje do utrwalania, używania, ale i badania, wyjaśniania określonych słów, owianych czasem legendą i obudowanych anegdotami, jak Rękawka czy mlaskoty.
Turystycznie atrakcyjne mogą być na przykład lokalne, nieoficjalne nazwy miejsc i obiektów – symboliczny dla Krakowa jest Adaś czy wypromowane w ostatnich latach Białe Morza, ale mogą to być też określenia związane z ciekawostkami architektonicznymi i historycznymi, jak trumna profesorska, Wiadro czy Gołębnik. W tym zakresie dużo jest jeszcze w Krakowie do odkrycia.
Opowieść o miejscu przez związane z nim potrawy jest obecnie popularnym trendem, żeby wspomnieć różne imprezy i festiwale promujące lokalne smaki. Pozwala to bezpośrednio doświadczyć lokalnej inności, a jednocześnie rodzi potrzebę sięgania do starych przepisów. Dzięki temu zrewitalizowano maczankę krakowską, placki szewskie, obserwujemy też próby odrodzenia zapomnianego niemal głąbika krakowskiego. Ale wspomnieć tu też trzeba sztandarowy obwarzanek, którego lokalnym nazwom status chronionego produktu regionalnego niestety nie służy: uparcie broni się dziś oficjalnej, certyfikowanej nazwy, postponując równolegle funkcjonujące jego określenia: precel czy dawniejsze bajgiel – niezależnie od innych znaczeń, jakie te słowa mają, krakusi używali i używają ich na nazwanie obwarzanka” – podsumowuje nasza rozmówczyni.
W Krakowie zwiedzamy więc hejnalicę czy Rondel, decydujemy się na przejażdżkę fiakrem, na Kazimierz przechodzimy przez Planty Dietlowskie, do Muzeum Narodowego – przez Aleje Trzech Wieszczów, a czasem docieramy nawet pod Pałac Dożów. Zajadamy się borówkami lub cwibakiem, gramy w cymbergaja i chodzimy na lumpy. Niektóre z tych określeń są ciągle żywe, inne odchodzą do lamusa. Często jednak stanowią wyznaczniki tożsamości lokalnej i „bycia stąd”. Regionalizmy cieszą się coraz większym zainteresowaniem nie tylko badaczy języka. Z jednej strony warto je chronić przed zapomnieniem, czemu służy ich katalogowanie i określanie pola znaczeniowego, z drugiej – mogą być używane w życiu lokalnych mieszkańców jako znaki swojskości w kampaniach społecznych, reklamach, a także turystyce. (Anna Mazur)

Zdjęcie: Rondel, fot. dzięki uprzejmości Muzeum Krakowa

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.