Cuda w lecie

9 czerwca 2020

O sprawczej mocy tęsknoty, artystycznej „magmie” i o tym, co iskrzy nocą w rozmowach, mówi Witold Wnuk, twórca i dyrektor programowy Summer Jazz Festival Kraków.

Karnet: Nie mogę pamiętać tamtych czasów, ale w latach 80. Polacy nie wyjeżdżali chyba masowo do Kuwejtu?

Witold Wnuk: To był ponury okres. Miałem dwoje małych dzieci, a zarobić na utrzymanie było bardzo trudno. Grałem na różnych instrumentach (jestem wiolonczelistą, ale grałem też na fortepianie, keyboardach i perkusji) i z różnymi artystami. W połowie siermiężnych lat 80., kiedy przestałem uczestniczyć w ciekawych projektach z Ewą Demarczyk, Januszem Muniakiem czy w Starym Teatrze, przyłączyłem się do zespołu Marcus, który grał koncerty w luksusowych hotelach w rejonie Zatoki Perskiej. Trwało to dwa lata, a później dostałem propozycję wykładania wiolonczeli na niedawno otwartej uczelni muzycznej w Kuwejcie. Zacząłem tam pracować w 1988 roku i odkryłem bardzo szybko, że podobnie jak siostra [Joanna Wnuk-Nazarowa, dyrygentka, kompozytorka, minister kultury i sztuki (1997-1999), dyrektor NOSPR w Katowicach (2000-2018) – przyp. red.], przejawiałem pasję i talenty menedżersko-organizatorskie. Do dzisiaj się dziwię, że przeżywając doniosłe akty artystyczne jako wykonawca – koncerty z Demarczyk to były prawdziwe misteria – potrafię czerpać podobną satysfakcję kulturalną z organizowania festiwali i konkursów. A jednak dzieje się to, kiedy uczestniczę w Niedzieli Nowoorleańskiej, Nocy Jazzu czy koncercie Pata Metheny’ego.

Odkryty wtedy zapał organizatorski przeniósł pan na polski grunt. W 1996 roku odbyła się pierwsza edycja Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami, znanego obecnie jako Summer Jazz Festival Kraków.

Zawsze powtarzam, że siłą Krakowa są nie tylko festiwale, ale też ta artystyczna „magma”. Armia artystów, setki miejsc i to, co iskrzy nocą w rozmowach na Rynku Głównym i Kazimierzu, są nieprawdopodobnym bogactwem i tym, co wyróżnia Kraków w skali światowej. Festiwale są składnikiem tego zjawiska. Podczas Summer Jazz Festival największym bohaterem jest sam Kraków. Personifikuję miasto, bo to jest żywy twór. Po otwarciu kawiarenek w wyniku odmrażania gospodarki wiele lokali odwiedzało po kilku gości, a przed Vis-à-vis kłębiło się 80 osób, nie dało się wejść. To jest to – rodzinny tygiel krakowskiej bohemy, w którym poruszają się również jazzmani.

Kiedy siedziałem większą część roku w Kuwejcie, strasznie tęskniłem za Krakowem. Również z powodu tej tęsknoty powstał festiwal. Oczywiście pchnął mnie do tego Piotr Skrzynecki podczas czterdziestolecia kabaretu Piwnica pod Baranami. W latach 80. w letnich miesiącach grałem w Krakowie koncerty z cyklu Bossa nova od nowa, występował również zespół Combo Pikante m.in. z Haliną Jarczyk, Marianem Pawlikiem i Janem Budziaszkiem. „Skrzynia” mi wtedy podpowiedział, żeby zrobić taki cały miesiąc, na kształt festiwalu. Pomyślałem: „A dlaczego by nie?”. W 1996 roku zorganizowaliśmy pierwszą edycję, bazując na krakowskich muzykach. W finale przyjechał Michał Urbaniak, który zagrał z Jarkiem Śmietaną. To był niezwykły sukces, na koncerty przychodziły tłumy. W tym czasie zaczął się ukazywać „Karnet”, a jego Kalendarium w trakcie tygodnia zajmował głównie Letni Festiwal Jazzowy. Nasza więź trwa do dzisiaj. Później były koncerty Mistrzowie jazzu w ogrodach Muzeum Archeologicznego. Na każdym były dwa, trzy tysiące ludzi. To były początki festiwalu. Oczywiście nie obyło się bez perturbacji. Niektórzy puryści uważali, że prezentowany jazz był „zbyt lekki”, tymczasem oni chcieli usłyszeć Kenny’ego Garretta. Podpuścili dziennikarzy i w prasie ukazał się artykuł: Piknik za 200 tys. zł. Po tym ataku musiałem wystosować list z odpowiedzią, grozić sądem. Gdyby ludzie, którzy przyszli na nasz koncert, usłyszeli wtedy Garretta grającego awangardę, pewnie z dwóch tysięcy osób przed sceną zostałoby 200 osób.

Wyczuwa pan napięcie między jazzem „tradycyjnym” a awangardą?

Nie w Krakowie. To nie są zjawiska o porównywalnej skali. Tak zwana „muzyka improwizowana” ma doskonale zorganizowane środowisko z kilkunastoma mocnymi ośrodkami w Europie i paroma w Stanach, które się wzajemnie napędzają i promują. Wokół tego robi się szum. Nie mam nic przeciwko temu, to ciekawe rzeczy, ale jednak niszowe. Promowanie ich jako wspaniała przyszłość jazzu doprowadzi do zagłady tego gatunku. Akcentuję to w mojej książce [więcej o wydawnictwie w dalszej części rozmowy – przyp. red.].

Kraków to bastion środka jazzu. Tysiące ludzi chcą słuchać klasycznego jazzu zahaczającego o gatunki fusion czy world music. Jazz porywał tłumy – przy tej muzyce ludzie tańczyli przed Beatlesami. W klasyce czy jazzie wszystko zostało już jednak powiedziane, zagrane. W latach 60. Penderecki i Cage doszli do ściany. Kiedy Coleman i Coltrane eksperymentowali, na scenie pojawili się Beatlesi, a ludzie odwrócili się od jazzu. Popularność wróciła, kiedy Davis stworzył podstawy fusion, grać w tym stylu zaczął Hancock, a Corea dorzucił elementy latynoskie. Podczas Nocy Jazzu i Niedzieli Nowoorleańskiej nadal bawią się tysiące ludzi i potrafimy konkurować z innymi gatunkami. Na co dzień młodzi artyści grający muzykę bliską środka jazzu występują w kilku krakowskich klubach, ale brakuje im elementu silnej rywalizacji. Dlatego w planach na przyszły rok mamy nowy konkurs, który będzie adresowany do młodych zespołów sięgających do tradycyjnych jazzowych idiomów – harmoniki i rytmu.

„Podczas Summer Jazz Festival
największym bohaterem jest sam Kraków”

Czy podczas nadchodzących wakacji jazz wyciągnie ludzi z domu?

Jako wstęp do 25. Summer Jazz Festival w drugiej połowie czerwca we współpracy z radiową Dwójką zaprezentujemy w sieci serię siedmiu koncertów Jazz w Krakowie. Ale wystarczy już transmisji online. Cieszymy się, bo festiwal będzie zrealizowany z koncertami na żywo niemal w pierwotnie planowanym kształcie. Dwa występy gwiazd są przełożone – Branford Marsalis Quartet i Kenny Garrett wystąpią w przyszłym roku. Wszystkie pozostałe koncerty się odbędą. Większe z nich przenosimy na pierwszą połowę sierpnia. Zagrają m.in. Urszula Dudziak (2 sierpnia), grupa Friends z Karen Edwards (7 sierpnia), Billy Cobham, Adam Bałdych i Vladislav „Adzik” Sendecki w ramach Fusion Night (8 sierpnia) oraz Adam Makowicz i Leszek Możdżer (18 sierpnia). Wielkie festiwalowe święto jazzu tradycyjnego – plenerowa Niedziela Nowoorleańska – odbędzie się w ograniczonej formie na Rynku Głównym 9 sierpnia.

Koncerty gwiazd polskiego jazzu w Pałacu pod Baranami odbędą się w dwóch odsłonach: od poniedziałku do czwartku grać będziemy w Piwnicy, a w weekendy odbywać się będą koncerty plenerowe na dziedzińcu. Na koncertach plenerowych wystąpią m.in. Aga Zaryan i Szymon Mika (3 lipca), trio Wojciecha Karolaka (4 lipca) i kwartet Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego (5 lipca), a w kolejnych tygodniach m.in. Dorota Miśkiewicz, Marek Napiórkowski, Stanisław Sojka, Krystyna Prońko, Adam Bałdych, Paweł Kaczmarczyk, grupa Laboratorium oraz włoscy wirtuozi Pasquale Stafano i Gianni Iorio. W przedostatni plenerowy wieczór – 1 sierpnia – zaprezentujemy znany spektakl muzyczny Dziady w wykonaniu zespołu High Definition z Igorem Boxxem, a cykl na dziedzińcu zakończą 2 sierpnia Grażyna Auguścik z Jarosławem Besterem. Codziennie jazz będzie również rozbrzmiewał w Harris Piano Jazz Bar. Gospodarzem cyklu Solo Piano Week – obejmującego siedem solowych recitali pianistów – będzie klub Piec Art (6-12 lipca), a dodatkowe koncerty odbędą się w klubie U Muniaka (Legendy u Muniaka), Alchemii (1 sierpnia – Sketchbook Quartet z Austrii, 8 sierpnia – Adam Pierończyk Trio, 20 sierpnia – Bracia Oleś) oraz Pracowni pod Baranami (cykl Scena młodych). Ze względu na związane z pandemią obostrzenia w tym roku nie dojdzie do skutku Noc Jazzu, impreza od lat organizowana w okresie Summer Jazz Festival Kraków. Działamy w duchu otwarcia – wierzymy, że zwyciężymy nad materią i zapraszamy wszystkich do słuchania.

25. edycja imprezy to również czas podsumowań. Wspomniał pan wcześniej o książce, która niedługo ukaże się na rynku.

Książka Jazz w Piwnicy pod Baranami – 25 lat Summer Jazz Festival Kraków, którą napisałem na zamówienie PWM, jest już właściwie ukończona. Przedstawia moje refleksje w pierwszej osobie i składa się z trzech części. Pierwsza to rys historyczny jazzu w Piwnicy pod Baranami od 1956 roku wraz z moim wspomnieniami. W tym rozdziale zajmuję się wiodącą rolą Piwnicy w początkach polskiej historii tego gatunku – opisuję kolejne fazy jego rozwoju, zapaść, przenosiny środowiska do Helikonu, kolejne przenosiny do klubu Pod Jaszczurami, aż wreszcie odrodzenie jazzu w Piwnicy. To wszystko na tle Krakowa, w którym w latach 90. powstawały kolejne kluby i festiwale. Fakty historyczne oraz opis samego festiwalu okrasiłem anegdotami, skandalami, być może narażę się nawet przyjaciołom, którzy na tym festiwalu będą występować, gdyż opisuję ekscesy alkoholowe i żyjących, i nieżyjących. Oczywiście na wesoło, ale są to rzeczy dosyć drażliwe i skandalizujące. Zasadnicza, środkowa część książki, to opis dotychczasowych 24 edycji Summer Jazz Festival wraz ze 150 fotografiami. W trzeciej części przedstawiam postacie polskiego jazzu, które odeszły. Poczynając od zmarłego w 2003 roku znakomitego kontrabasisty Andrzeja Cudzicha, kończąc na Wandzie Warskiej, która odeszła w ubiegłym roku. W książce są też przyjaciele i bywalcy związani z festiwalem, piwniczni skandaliści oraz moi najbliżsi współpracownicy, m.in. Antek Dębski czy Ola Marzec. A w post scriptum refleksje o wielkim Krakowie.

Jak wielkim? Czy kiedyś będziemy mogli mówić o europejskim Nowym Orleanie?

Jesteśmy już jednym z letnich centrów jazzu w Europie. Wkrótce mamy szansę przejąć pałeczkę lidera. Istnieją pewne analogie z Nowym Orleanem, w którym są setki klubów i który jest kolebką jazzu. Kraków jest miejscem, do którego miliony turystów ściągają z powodów religijnych, historycznych, kulturalnych, martyrologicznych. Dziedzictwem kultury może być też stworzenie wielkiego centrum jazzu, które szczególnie w okresie letnim przyciąga dziesiątki tysięcy ludzi. Do pięknej siedziby NOSPR w Katowicach ludzie przyjeżdżają na jeden koncert, a w Krakowie chcą spędzić cały weekend, żeby oddychać nocnym życiem artystycznym. Myślę, że są tu warunki, żeby Noc Jazzu trwała np. tydzień albo nawet miesiąc.

Przez ilość nie grozi nam obniżenie poziomu?

To jest zasadne pytanie. Chociaż proszę zwrócić uwagę, jak ogromny odsetek czołowych muzyków polskiej sceny „wychodził” i „wychodzi” z Krakowa. Wśród wiodących obecnie polskich pianistów są np. „Adzik” Sendecki, Dominik Wania, Piotr Orzechowski, Paweł Kaczmarczyk, Wojciech Groborz, Joachim Mencel czy Kuba Płużek oraz znakomity organista Kajetan Galas. Kraków to ogromna kopalnia talentów.

Jednak popularność niekoniecznie musi oznaczać mistrzostwo wykonawcze. Komeda jest najbardziej popularnym polskim jazzmanem – miał dar pisania, stworzył przepiękne utwory, chociaż nie był jakimś nadzwyczajnym wykonawcą wirtuozem. Obecnie muzycy zatrudniają swoich PR-owców – takie są realia. Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że wystarczy popatrzeć na finezyjne fryzury, które na szczęście najczęściej pokrywają się z wyszukanym poziomem muzycznym. Obok nich funkcjonują jednak równie zdolni, którzy tego wszystkiego nie stosują. Przykładem niech będzie wspomniany Dominik Wania – introwertyk, człowiek skromny, „antyreklamowy”, a być może najbardziej obecnie ceniony za granicą polski pianista. Notabene, Dominik jest w tym roku naszym festiwalowym „Artist in Residence” i wystąpi w sześciu różnych koncertach.

„Ludzie chcą spędzić cały weekend w Krakowie,
żeby móc oddychać nocnym życiem artystycznym”

Czy czuje pan misję, żeby promować tych mniej zdolnych w dziedzinie autopromocji? Założona z „Adzikiem” Sendeckim fundacja My Polish Heart, konkurs im. Jarka Śmietany, teraz nowy konkurs.

Promujemy utalentowanych muzyków z pasją i poprzez wzorce mistrzów chcemy ich właściwie ukierunkować. Mamy adeptów i kandydatów z pogranicza szkoły średniej i studiów, a niekiedy też starszych. Jest konkurs gitarowy im. Jarka Śmietany, ale i skrzypcowy im. Zbigniewa Seiferta prowadzony przez Anetę Norek-Skrycką. Podejmujemy wiele działań, próbujemy bratać polskich muzyków z zagranicznymi. Są stypendia fundacji – otrzymali je np. Orzechowski, Pałka, Gawęda. Kraków pod względem szkolnictwa to rzecz niebywała. Działają trzy prężne ośrodki: wciąż rozwija się Akademia Muzyczna, Krakowska Szkoła Jazzu i Muzyki Rozrywkowej wychowuje setki adeptów, jest też środowisko skupione wokół postaci Janusza Muniaka, którego misję kontynuują młodsi koledzy – Wojciech Groborz, Marian Pawlik, Marcin Ślusarczyk. W oparciu o jego filozofię życia i filozofię grania wychowały się setki muzyków. Do tego mamy kluby oraz dziesięć festiwali i konkursów.

Czy na obecnym etapie można porównać nasze realia z Kuwejtem, w którym organizował pan festiwale, konkursy i koncerty przez trzy dekady?

To była przygoda, zupełnie inna bajka. Na dobrą sprawę to materiał na następną książkę. Szybko się zorientowałem, że tamtejszym odbiorcom trzeba na początku uświadomić, że muzyka jest sztuką, a sztuka jest potrzebna człowiekowi. W Zatoce Perskiej istnieje muzyka wody i pustyni. Muzyka wody pomaga np. poławiaczom pereł, żeby nie tracili poczucia czasu. Do muzyki pustyni można potańczyć w trakcie wesel czy usłyszeć ją w wykonaniu pasterzy, którzy pogrywają z nudów. W obu przypadkach to muzyka czysto użytkowa. Panuje często przekonanie, że inna, europejska muzyka jest czymś niestosownym – zakazaną przyjemnością – więc ludzie podchodzą do niej podejrzliwie, a nieznane instrumenty, jak fortepian, traktują jako dziwną ciekawostkę. Niby prawie każdy potrafi zagrać na prymitywnym pasterskim instrumencie, zaśpiewać prostą pieśń, ale trzeba ludzi przekonywać, że potrzebują innej, artystycznej muzyki i że może im ona dać przyjemność. Oprócz ortodoksów, którzy z zasady muzykę odrzucają, region zamieszkują też jednak ludzie liberalni przejawiający zainteresowanie tematem. Nie wiedzą tylko, jak się za niego zabrać. Ministrowie i decydenci nie rozumieją np., że istnieje coś takiego jak honoraria dla muzyków. Mogą im zapłacić za transport i hotele majątek, byle nie padło słowo „honorarium”. Bo za co tu płacić? Przecież każdy na czymś gra i muzykowanie nie jest czymś niezwykłym, godnym wynagrodzenia…

Zupełna abstrakcja.

Dlatego prowadziłem tam biznes. Organizowałem koncerty muzyki klasycznej i jazzowej, trochę grałem, byłem szanowany, szczególnie wśród ambasadorów. Kiedy chcieli mieć „normalny” koncert, „normalnych” muzyków, przychodzili do mnie. Z zaprzyjaźnionym pianistą Cezarym Owerkowiczem wymyśliłem Kuwait Chamber Philharmonia, pomagała nam jedna sekretarka, a cieszyliśmy się zaufaniem niemal jak ministerstwo. Miejscowi oficjele chodzili na koncerty razem z ambasadorami, bo wypadało. Kiedy ambasadorów jednak zabrakło, a ja sprowadziłem uznanego wykonawcę, który nie cieszył się popularnością wśród obecnych dygnitarzy, zdarzały się historie, że któryś z nich proponował mi przed występem: „Zapłacimy dwa razy więcej, niż obiecaliśmy, tylko proszę mu przekazać, żeby nic nie grał. Nie obrazi się?”. Muzyk, jakiej klasy by nie był, znajdował się w ich hierarchii na ostatnim miejscu. Oczywiście walczyłem z tym, narażałem się różnym ludziom, ale stały za mną ambasady. Kiedy ktoś wchodził ze swoją świtą podczas wykonywania nokturnu Chopina, zajmował miejsce w pierwszym rzędzie, po czym rozpoczynał rozmowę przez telefon, nie wpuszczałem go na salę po przerwie. W 2017 roku, 25 lat co do dnia po pierwszym występie, zorganizowaliśmy koncert pożegnalny.

„W Kuwejcie decydenci mogą zapłacić muzykom majątek,
byle nie padło słowo »honorarium«”

Ćwierć wieku tu, ćwierć wieku tam…

Udaje się czasami połączyć takie rzeczy, a nawet sprawić, żeby wzajemnie się napędzały. Nie wiem, czy bym to wszystko zrobił, gdybym nie tęsknił. Gdybym tu był cały czas, prawdopodobnie festiwal nie rozwinąłby się aż do tego stopnia. W Kuwejcie obmyślałem sobie, jakie cuda będę robił w lecie, i przylatywałem do Krakowa podekscytowany. W programie imprezy co rok, dwa pojawiają się nowe elementy. Inauguracja festiwalu, później koncerty z cyklu Mistrzowie jazzu w 2000 roku, pierwszy „Jazzowy Baranek” dla „Dudusia”, Niedziela Nowoorleańska, Noc Jazzu, Solo Piano Weekend, rezydencje artystyczne, Scena młodych, koncerty tematyczne (np. gitarowe czy saksofonowe), konkurs gitarowy im. Jarka Śmietany, a na przyszły rok planujemy nowy konkurs, który będzie adresowany do młodych zespołów sięgających do tradycyjnych jazzowych idiomów – harmoniki i rytmu. Cały czas się rozwijamy. Za bardzo się nie reklamujemy, nie dajemy sponsora w nazwie, nie przepłacamy, a i tak występują u nas ci wszyscy znakomici artyści, których przychodzi posłuchać pięćdziesiąt tysięcy odbiorców. To coś mówi.

Rozmawiał Bartosz Suchecki, „Karnet”

ZOBACZ RÓWNIEŻ:
Summer Jazz Festival Kraków na Facebooku

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.