Poetyckie drogowskazy

9 czerwca 2020

Poezja nie pozwala nam błądzić – nawet gdy światem rządzi pandemia. Przekonamy się o tym podczas wyjątkowej edycji Festiwalu Miłosza w sieci. O krętych ścieżkach poezji w internecie opowiada Krzysztof Siwczyk, jego dyrektor artystyczny.

Karnet: Czy poezja może stanowić remedium na trudne czasy, dodawać nam otuchy w momencie, gdy stoimy w obliczu – być może trwałej – zmiany otaczającej nas rzeczywistości?
Krzysztof Siwczyk: Poezja nie jest remedium na nic – ba, nie powinna być obciążana nadmiernymi obowiązkami świadczenia usług zdrowotnych dla narodu znękanego pandemią. Powinna być nieufnością, powinna rejestrować zmiany w dookolnym, zawirusowanym świecie. Zwłaszcza, że zaraza infekuje nie tylko ciała indywidualne, ale i ciało społeczne. Coraz szersze obszary życia społecznego i regulujących to życie instytucji zwyczajnie nam obumiera. Poezja jest oczywiście ekspresją życia indywidualnego, ale ma w sobie moc projekcji na nieco większe – niż koniec własnego nosa – uniwersum. I w tym uniwersum niewiele się zmienia. Być może świat widzialny zmieni się na zawsze. Nie mam pewności tylko czy na lepsze. Śmiem twierdzić, że na gorsze. Poezja natomiast interweniuje w świat i zaświat. Osobiście lubię ten drugi adres – przestrzeń spekulatywną. Generalnie rodzimy się, żyjemy, chorujemy, umieramy. Literatura nadaje tej tępej mechanice trochę sensu. Poezja ma tu szczególne zasługi. Jeden z moich ukochany filozofów, Emil Cioran, mawiał: „Życie to zmartwychwstanie w piekle”. Poezja to piekło mapuje i nie pozwala nam w nim całkowicie pobłądzić.
Jak poezja reaguje na pandemię? Czy może się przed nią jakoś obronić? I co najważniejsze, w jaki sposób słowo pisane dociera dziś do czytelnika?
Poezja reaguje zawsze tak samo – zmianą języka. Odnoszę wrażenie, że zwłaszcza teraz ten język zmienia się błyskawicznie. Staje się czułym detektorem zjawisk, w jakie zostaliśmy wrzuceni niczym w kafkowski proces. Na przykład izolacja stanie się najpewniej głównym tematem poezji współczesnej. Zawsze nim była, ale teraz temat ten odnalazł się nie w metaforze, lecz w zupełnie dotkliwej realności naszych żyć poszczególnych i globalnego izolatorium. Poezja nie musi się przed pandemią bronić. Powinna bronić znaczenia słów, które przez pandemię są odkształcane ku sensom zgoła przeciwstawnym. A do czytelnika dociera jak zwykle z oporami. Tym razem opór materii polega na prawie całkowitym paraliżu obiegu książki. Do czasu otwarcia księgarń wszyscy posiłkują się siecią.
Jak zatem sprawić, by publikacje w internecie nie konkurowały z poezją wydawaną w tradycyjny sposób, a stanowiły jej dopełnienie?
Ten model dopełnienia dystrybucji i sprzedaży obowiązywał przed wirusem. Chciałbym, aby wszystko tu wróciło do tamtej normy. Obawiam się jednak, że po przejściu globalnej kwarantanny i lockdownu będziemy już całkowicie, egzystencjalnie rozleniwieni. Będzie nam się wydawać, że kultura jest na wyciągnięcie paluszka do klawiatury. A tak nie jest i mam nadzieję – nie będzie.
Czy festiwale literackie w sieci mogą dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż festiwale w tradycyjnej formie?
Być może zasięg ten się zwiększy, a odpowiedni algorytm sieciowej rzeczywistości będzie nas o tym upewniał. Być może przekaz internetowy jest szansą na zyskanie publiczności nowej. Źle by się stało, gdyby za cenę tych zysków zrezygnować z poprzednich zdobyczy czy je utracić. Możliwość uczestniczenia w realnej, żywej kulturze słowa jest czymś niezastępowalnym przez obrazkowy implant. Mówię to z szerszej perspektywy kogoś, kto wobec rewolucji technologicznej jest co najmniej sceptyczny in genere. Wierzę, że czytelnicy są spragnieni kontaktu z żywym autorem. I tego pragnienia nie zaspokoi nawet najsłodsze morze pikseli.
Które utwory Miłosza powinny nam towarzyszyć w dzisiejszych realiach pandemicznych?
Chyba Traktat moralny. To ciekawe, że zaraźliwe czasy wydają nam się jakoś wyjątkowo oryginalne. Historia świata to historia zaraz. Akurat koronawirus, przy całej swojej globalnej spektakularności, nieszczególnie zestawia się z zarazami totalitarnymi, wojennymi, ksenofobicznymi. Jest ciekawym starterem apokalips, o jakich nie śmiemy jeszcze śnić. Ale jest też szansą na poważny namysł nad historią i ewentualnie przyszłością naszego gatunku. Zaiste nieprzypadkowo niedawno Jacek Podsiadło opublikował istotny głos w debacie o polskiej historii. Wiersz Słup ze słów rozmawia z wielkimi traktatami Miłosza. Wygląda na to, że Miłosz jakoś się nam teraz aktualizuje. Jak trwoga to do Miłosza! Osobiście nie wyszczególniam żadnego wiersza czy książki Miłosza na „tu i teraz”. Myślę, że większość swoich rzeczy pisał Miłosz w perspektywie pozaczasowego uniwersum – tak byśmy rozumieli mechanizmy i procesy, a nie populizmy i ekscesy. One są zawsze i wszędzie tą samą, niemą przemocą.

Rozmawiała Anna Mazur

Krzysztof Siwczyk – dyrektor artystyczny Festiwalu Miłosza, poeta i aktor. Mieszka w Gliwicach, studiował kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim. Współtwórca założonej w 1994 roku grupy poetyckiej Na Dziko. Za tom Dzikie dzieci (1995) otrzymał m.in. nagrodę miesięcznika „Czas Kultury” za najlepszy poetycki debiut roku. Członek Europejskiej Akademii Filmowej oraz Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i PEN Clubu. Współpracuje z „Polityką”. Współprowadził programy telewizyjne poświęcone książkom Czytelnia oraz Czytanie to awantura w TVP Kultura. Pracuje w Instytucie Mikołowskim, gdzie redaguje poetycką serię wydawniczą, a także pismo literackie „Arkadia”. Jest redaktorem działu poezji nieregularnika „Litera”. W 2014 roku został laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich za tomik Dokąd bądź. Jego najnowszy tom poetycki to Mediany (2018).

Zdęcie: Krzysztof Siwczyk fot. Lorenzo Castore

więcej

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.