Z rodziną sto lat (temu)!

10 maja 2020

Zwyczaje rodzinne wyznaczały rytm życia naszych przodków. My od niedawna obchodzimy w maju Święto Rodziny Krakowskiej. Nie zapomnijmy o tej tradycji w tym roku!

Maj należy w Krakowie do rodzin! Do tej pory obchodziliśmy Święto Rodziny Krakowskiej w plenerze podczas pikniku z atrakcjami dla dzieci i rodziców. W tym roku czeka nas skromniejsza celebracja z najbliższymi – w naszych domach. Z okazji tej uroczystości przybliżamy nieco już zapomnianą rzeczywistość, w której blisko sto lat temu żyły rodziny z podkrakowskich wsi.

Ich bogate tradycje udokumentował Seweryn Udziela, etnograf i popularyzator folkloru i kultury ludowej Małopolski, w książce Krakowiacy wydanej po raz pierwszy w 1924 roku. „Wśród jednostajności życia codziennego zdarzają się w rodzinie od czasu do czasu wypadki, które burzą zwyczajny bieg zajęć i umysł zwracają w innym kierunku. […] Takie wypadki, wstrząsające do głębi całą rodzinę, bywają też obchodzone wśród różnych obrzędów uświęconych odwieczną tradycją” – pisał badacz. Najważniejsze z nich wiązały się z wydarzeniami, które wychodziły poza codzienne obowiązki i troski, jak chrzty, zaręczyny i wesela. Niektóre tradycje przetrwały do dziś, lecz praktykujemy je w nieco zmienionej czy uproszczonej formie. Wiele z nich zostało zapomnianych zupełnie…

Narodziny i chrzest

Wszystko zaczynało się, gdy nowo narodzone dziecko krzykiem obwieszczało przyjście na świat. Rozmaite wydarzenia w tym dniu były traktowane niczym wróżby, które wskazywały, jaka będzie przyszłość najmłodszej latorośli – toteż rodzina wypatrywała takich znaków. Nie wahała się też ingerować w bieg wydarzeń, żeby dziecku zapewnić jak najwięcej szczęścia i tyle samo trosk oddalić od niego. Tuż po narodzinach domownicy wieszali w oknach i nad drzwiami domostwa ziele świętojańskie zwane dzwonkami, kilka gałązek trafiało też pod poduszkę świeżo upieczonej matki – chroniło ono dziecko przed boginką, która mogłaby odmienić je na niekorzyść. Tego samego lub następnego dnia rodzice zanosili maleństwo do kościoła na chrzest, który najlepiej chronił je przed nieszczęśliwymi wypadkami. Do kościoła szli też rodzice chrzestni zwani kumami. Wybór odpowiednich chrzestnych był bardzo istotny, bowiem dziecko mogło się upodobnić charakterem do któregoś z nich. Matka chrzestna kupowała płótno na koszulkę dla chrześniaka, którą następnie sama szyła – żeby w przyszłości jego ubrania szybko się nie niszczyły. Chrzestni składali życzenia i ofiarowywali w prezencie niewielkie sumy, a do pierwszej po chrzcie kąpieli wrzucali monety – by dziecku nigdy nie zabrakło pieniędzy. Chrzcinom towarzyszyła biesiada dla kumów, krewnych i sąsiadów, a wszyscy bawili się na niej wesoło, żeby dziecko radośnie szło przez życie.

Zrękowiny

Tak nazywano niegdyś zaręczyny! Młodzi poznawali się na uroczystościach kościelnych, w drodze do domu z niedzielnej mszy lub przy pracach w polu. Jeśli kwestie majątkowe zadowalały obie rodziny, chłopak wraz ze starostą, czyli swatem, przychodzili do domu dziewczyny z butelką wódki i wywoływali gospodarza przyśpiewkami. Starosta „przypijał” do rodziców dziewczyny, a później do niej samej – jeśli ta również się napiła i oddała kieliszek w ręce chłopaka, oznaczało to, że wyraża zgodę na zrękowiny. Następnie para zasiadała przy stole, a starosta związywał im chustką ręce nad chlebem, pytając przy tym, czy z własnej woli stają się narzeczonymi. Wszystko to działo się w obecności krewnych i sąsiadów. Tego samego wieczora młodzi postanawiali, kogo poproszą na starościnę, drużbów i drużki, omawiali też cały porządek wesela.

Wesele

Największym świętem w rodzinie było bezsprzecznie wesele. Bawili się na nim nie tylko krewni państwa młodych, ale cała wieś! Już na kilka dni przed uroczystością w domach panny młodej i pana młodego wszyscy uwijali się jak w ukropie: bielili ściany, zmywali podłogi, piekli kołacze (okrągłe placki z serem), chleby i mięsa, gotowali rosół i inne wiktuały dla gości. W dzień poprzedzający wesele drużbowie siadali na konie przystrojone wstążkami lub dzwonkami i jechali do domu każdej druhny czynić oprosiny – zapraszali je na wesele. Równo z zachodem słońca całe towarzystwo przybywało do domu panny młodej, gdzie już czekali muzykanci, i tam wspólnie obchodzono wieczór panieński. Śpiewy i zabawy z tańcami trwały do późnych godzin nocnych.

W dniu ślubu do domu panny młodej ponownie przychodziły druhny i pomagały jej się ubrać, rozczesać włosy i zapleść je w warkocze, które następnie upinały wokół głowy lub puszczały swobodnie na plecy. Zakładały też dziewczynie na głowę wianek ze świeżych lub sztucznych kwiatów przybranych wstążkami. W końcu przyjeżdżał wystrojony pan młody z drużbami i gośćmi. Para klękała wówczas przed rodzicami dziewczyny, a ci błogosławili ich, kreśląc nad głowami młodych znak krzyża. Gest ten powtarzali rodzice chłopaka i inni zebrani. Następnie matka dziewczyny podawała młodym do zjedzenia uprzednio przygotowane kawałki cukru i skibki chleba, w które wciskała monety – żeby wiedli słodkie życie, mieli jedzenia pod dostatkiem i nie brakło im pieniędzy. Kropiła ich też święconą wodą. Potem starosta zarządzał wyjazd do kościoła. Na pierwszym wozie jechała orkiestra, na drugim młodzi z drużkami i drużbami, na kolejnych rodzice i goście – wszyscy śpiewali radosne pieśni po drodze. Do kościoła pannę młodą wprowadzali drużbowie, a pana młodego druhny. Państwo młodzi wyprzedzali się, wchodząc na stopnie ołtarza, i każde pragnęło mieć rękę na wierzchu podczas wiązania stułą, by tym sposobem zapewnić sobie przewagę w małżeństwie. Nie należało uśmiechać się na ślubie, bo to sprowadzało na parę kłótnie, zaś płacz narzeczonej zwiastował szczęście w małżeństwie. Jeśli tylko panna młoda w kościele spojrzała trzy razy na którąś z druhen, ta miała znaleźć męża jeszcze w tym samym roku. Po ceremonii wracano wozami do domu dziewczyny, gdzie czekało jadło i napitki. Wszyscy ucztowali, rozmawiali wesoło i prześcigali się w wymyślaniu przyśpiewek weselnych. Tańce trwały do wieczora dnia następnego, kiedy to zaczynały się oczepiny panny młodej: z jej głowy znikał wówczas wieniec weselny, a pojawiał się czepiec – atrybut żony. Wesele kończyły przenosiny panny młodej do domu pana młodego, zwane też oddawinami czy przebabinami.

***

Ludowa wizja życia zawarta w Krakowiakach Seweryna Udzieli pełna jest wróżb i zabiegów magicznych, które miały zagwarantować rodzinie bezpieczeństwo, opiekę oraz dobrobyt. Działania te znajdywały oparcie w silnym przywiązaniu do tradycji i sumiennym praktykowaniu znanych od pokoleń obrzędów. Towarzyszył temu niezmącony zapał do świętowania. Potwierdza to sam etnolog: „Lud krakowski żywy i wesoły lubi bawić się i bawi się chętnie nie tylko w dniach szczęśliwych, ale nawet wtedy, gdy mu coś dolega, gdy go coś martwi – ot, aby zapomnieć o smutkach i dolegliwościach życia codziennego”. (am)

Tekst powstał w oparciu o książkę Seweryna Udzieli Krakowiacy (Wydawnictwo Bona, Kraków 2012).

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.