Stuki i zgrzyty – rozmowa z Jurkiem Dybałem

7 kwietnia 2020

Muzyki współczesnej nie trzeba się bać – przekonuje Jurek Dybał, dyrektor orkiestry Sinfonietta Cracovia.

Karnet: Co to właściwie jest muzyka współczesna?
Jurek Dybał: Zacznę przewrotnie – bo od słów specjalisty od muzyki dawnej Nikolausa Harnoncourta, który zżymał się na to określenie. A dlaczego? Bo wskazywał, także się zżymając, że w dzisiejszych czasach gra się przede wszystkim utwory „z muzeum”. To sytuacja nowa na przestrzeni dziejów, bo w epoce Monteverdiego, Bacha, Mozarta, Beethovena, Chopina grano muzykę – no właśnie – współczesną! Współczesną tym twórcom! To określenie jest więc bardzo nieprecyzyjne, bo próbujemy nim dziś oddać i rodzaj muzyki, i czas jej powstania.
Używając potocznie terminu „muzyka współczesna”, zwykle mamy na myśli kompozycje awangardowe, modernistyczne, atonalne, czyli osadzone poza systemem dur-moll, bez dobrze słyszalnej przez nas melodii, oparte na eksperymentalnych brzmieniach – w tym także np. stukach, zgrzytach, skrzypieniu – oraz powstałej z użyciem instrumentów elektronicznych lub niestandardowych.

Czy jest jakaś cezura, która wyznacza początek tej muzyki w dziejach?Za moment przełomowy przyjmuje się działalność II szkoły wiedeńskiej, czyli Arnolda Schönberga i związanych z nim twórców. Zrezygnowali oni z systemu dur-moll na korzyść systemu dwunastodźwiękowego. Oparta na niemal matematycznych konstrukcjach czy też seriach dodekafonia była w pewnym sensie tworem sztucznym, lecz to nie przeszkodziło, by wyrażać w nim bardzo silne emocje, jak np. w jednym ze sztandarowych dzieł Schönberga, związanym z polską wojenną historią i likwidacją warszawskiego getta – Ocalałym z Warszawy.
Pamiętajmy jednak, że muzyka atonalna czy nieoparta na systemie dur-moll nie jest wcale owocem naszych czasów. Jej echa znajdziemy w muzyce orientalnej i ludowej wielu kultur. Usłyszymy ją, gdy zagłębimy się w dzieła Palestriny i Monteverdiego czy muzykę jeszcze wcześniejszą – renesansową i średniowieczną. Początków podminowania systemu dur-moll można natomiast szukać już u Beethovena – w Grosse Fuge. Potem także u „nowodźwiękowca” Berlioza, u Wagnera i Debussy’ego, który został nawet usunięty z konserwatorium, bo komponował wbrew ówczesnym regułom. A po nich przyszedł wybuch neoromantyzmu u Gustava Mahlera, który dosłownie rozsadził system od środka.
No i wreszcie: wielkie wydarzenie i wielki skandal – czyli Igor Strawiński i premiera jego Święta wiosny w paryskim Théâtre des Champs-Elysées. Wystawienie tego spektaklu przez balet Diagilewa było ogromnym szokiem. Gwizdano, rzucano przedmiotami, publiczność wychodziła z sali. Ten brutalizm w jego motorycznej, niemal prymitywistycznej muzyce był dla słuchaczy nie do zniesienia. Ba, pierwotnie źle przyjęte i wygwizdane zostało Bolero Ravela, którego możemy postrzegać niemal jako prekursora minimalizmu. Ten powtarzający się uporczywie schemat rytmiczny, ta repetytywność, od setek lat znana na przykład w muzyce indyjskiej, dla ówczesnych Europejczyków okazała się nie do zaakceptowania. I tu pięknie widać, że rzeczy, które my czasem uważamy za odkrywcze, wcale takie nie są, względnie są odkrywcze tylko na lokalnym rynku (śmiech).

Czy dzisiaj coś mogłoby wywołać takie gorące emocje i tak zdecydowany sprzeciw?
Specjalistą od sprzeciwu był wielki Mistrz, mój mentor i założyciel orkiestry Sinfonietta Cracovia – zmarły niedawno Profesor Krzysztof Penderecki, którego wkład w dźwiękową historię świata jest nie do przecenienia. To jeden z nielicznych, niestety, polskich twórców, którzy zmienili oblicze światowej muzyki, dołożyli do jej dziejów własną, oryginalną cegiełkę. Jego Tren – Ofiarom Hiroszimy zapoczątkował całkiem nowy nurt: sonoryzm, który w bardzo stereotypowym postrzeganiu kojarzył się z muzyką trudną, eksperymentalną, obfitującą w dziwne dźwięki. Do tego Profesor Penderecki był jednym z prekursorów niestandardowych technik wydobywania dźwięków: grania pod podstawkiem instrumentów smyczkowych, czyli na przestrzeni do grania nieprzeznaczonej, uderzania czy stukania w pudło rezonansowe. Ten eksperymentalny trend zawędrował potem dużo dalej w połączeniu z ówczesną elektroniką. To był ogromny szok dla publiczności, a i dla muzyków! Profesor mówił mi kiedyś, jak bardzo cieszy się, że jego dzieła, także te z wczesnego, najbardziej awangardowego okresu, gra się już jak „normalną” muzykę. Wspominał, że przeciwko jego kompozycjom protestowały nawet najlepsze orkiestry, bywało, że muzycy wychodzili z sali. A w późniejszej fazie twórczości odwrócił się od skrajnej nowoczesności ku bardziej tradycyjnym wzorcom (choć przecież cały czas dokonywał mistrzowskiej syntezy „nowego” ze „starym”). Ta zmiana z kolei oburzyła awangardystów – i znów szok, tym razem jakby à rebours. O tak, Profesor Penderecki był ekspertem od szokowania!

Czy szokująca muzyka XX i XXI wieku nie zasługuje na brawa? Skąd wzięła się Muzyka bez poklasku?
Misja popularyzowania muzyki współczesnej była zawsze bardzo bliska orkiestrze Sinfonietta Cracovia, więc sześć lat temu stworzyliśmy ten cykl, który gramy – zawsze przy pełnej sali – w MOCAK-u, w nowoczesnych wnętrzach i w otoczeniu nowej sztuki. Podczas tych koncertów kontemplujemy muzykę tak, jak sztukę współczesną – czyli jej nie oceniając, stąd tytuł cyklu. Ekspert lub prowadzący koncert w krótkich komentarzach wprowadzają publiczność w jego tematykę – tłumaczą, o co tutaj właściwie chodzi. Po zakończeniu utworów, a nawet całego koncertu powstrzymujemy się od braw.
Prezentujemy w ten sposób różne nurty muzyki współczesnej – zaczynaliśmy od II szkoły wiedeńskiej, mieliśmy Arvo Pärta, muzykę polską, czeską, edycję poświęconą Warszawskiej Jesieni. Ten cykl cieszy się ogromną popularnością i to mój ogromny powód do dumy. Przy okazji którejś odsłony okazało się, że przed wejściem do muzeum stoi „konik” i – co wręcz niewyobrażalne – sprzedaje bilety na nasz koncert z muzyką współczesną! Oczywiście, to zachowanie naganne i niezgodne z prawem, ale zarazem odebrałem to trochę jak komplement (śmiech).

A dlaczego bez poklasku? Ta muzyka nie ma się podobać?
Chodzi o to, żeby jej w ogóle tak nie kategoryzować. Ona ma przemawiać, poruszać – albo właśnie nie poruszać. Jeśli jest nudna, to niech będzie nudna do przesady! W ogóle nie oceniamy jej z punktu widzenia estetyki. Chcemy pozostawić otwarte forum do dyskusji, więc po koncercie można przyjść do nas i powiedzieć: „To mnie oburzyło” albo „Też bym tak potrafił napisać”. A najbardziej nas cieszy, kiedy ktoś mówi, że stracił tyle czasu i możliwości, bojąc się tej muzyki. Więc apeluję: nie bójmy się, nawet więcej, próbujmy z tą muzyką zapoznawać dzieci. W obecnym czasie, gdy kultura przeniosła się z konieczności do świata cyfrowego,
przygotowujemy dla najmłodszych internetowe Sinfonietkowe karaoke z piosenkami m.in. Jerzego Wasowskiego, ale też Witolda Lutosławskiego, czy fragmentami z opery dziecięcej Krzysztofa Pendereckiego Najdzielniejszy z rycerzy – zapraszamy do wspólnego śpiewania.

Od czego przygodę z muzyką nową powinien zacząć ktoś, kto nigdy wcześniej nie miał z nią do czynienia?
Najważniejsze to słuchać bez uprzedzeń i z otwartą głową. A jeśli chodzi o tytuły, poleciłbym wspomnianą już kompozycję Schönberga Ocalały z Warszawy. Zapraszam na nasz kanał YouTube, gdzie w ramach akcji wirtualnych koncertów „Muzyką w wirusa” prezentujemy m.in. dzieła Profesora Pendereckiego: Muzykę na flety proste, marimbę, perkusję i smyczki (możliwość jej pierwszego polskiego wykonania była prezentem na nasze 25-lecie) czy Anaklasis w multimedialnej oprawie Daniela Stryjeckiego. Skoro jesteśmy przy Maestro, to jeszcze koniecznie Agnus Dei z Polskiego requiem i Concertino per tromba e orchestra. Ten ostatni utwór, który prawykonaliśmy w Centrum Kongresowym ICE Kraków ze wspaniałym trębaczem Gáborem Boldoczkim, świetnie trafia do publiczności, jest zwięzły i ma ogromną dramaturgię. Nagraliśmy go też dla Sony Classical – polecam! Do listy do słuchania dorzuciłbym jeszcze Lutosławskiego Chantefleurs et chantefables i Małą suitę, czyli muzykę ludową w spojrzeniu innego mistrza XX wieku. Co jeszcze? Oczywiście John Cage i jego 4′33″ – jeśli macie państwo chwilę czasu, a dokładnie cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy; ten utwór ma dodatkowo tę zaletę, że można go słuchać w absolutnie dowolnym miejscu na pełny regulator!

Rozmawiała Barbara Skowrońska

więcej

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.