Jasna strona Księżyca - Roger Waters w Krakowie

4 sierpnia 2018

„Idźcie na koncert Katy Perry albo obejrzyjcie Rodzinę Kardashianów” – to nie wpis z popkulturowego fanpage’a dla nastolatek, tylko słowa Rogera Watersa w rozmowie z dziennikarzem stacji CNN. Kontekst? Kontrowersje wokół trasy, podczas której jeden z założycieli grupy Pink Floyd mocno krytykuje Donalda Trumpa. Przytoczone słowa to rada dla sympatyków prezydenta USA, którzy szukają ucieczki od codzienności. Sądząc po piątkowej frekwencji w Tauron Arenie Kraków, polscy fani muzyka woleli jednak zmierzyć się z rzeczywistością.

Niepokój i klimatyzacja

W rozmowie z amerykańskim nadawcą w lipcu ubiegłego roku Waters odciął się od ludzi, którzy „uciekają od więzi z innymi i chcą mieszkać w wieżach z kości słoniowej” i zastanawiał się, jak ktoś, kto słucha jego muzyki od pięćdziesięciu lat, może jej nie rozumieć. Powrót 74-letniego muzyka do Polski, a zarazem jego pierwszy występ w stolicy Małopolski, zgromadził w Arenie jednak nie tylko fanów, którzy pamiętają świat przed Ciemną stroną Księżyca, ale również ich dzieci i wnuki. Żywiołowa reakcja, która towarzyszyła wielu elementom show każe natomiast przypuszczać, że większość odbiorców nie tylko rozumie, ale też identyfikuje się z poglądami twórcy The Wall.

Spektakl rozpoczęła kilkunastominutowa animacja przedstawiającą człowieka wpatrującego się w ocean. Po kilku próbach wywołania zespołu na scenę wreszcie obraz uległ deformacji, a my przenieśliśmy się w przestrzeń kosmiczną. Kiedy wzięliśmy kolektywnie głęboki oddech, usłyszeliśmy pierwsze takty Breathe, a na scenie pojawili się on i oni. Pięć utworów ze strony A winyla The Dark Side of the Moon to jedna z najbardziej znanych sekwencji w historii muzyki rockowej. Słuchałem jej już tak wiele razy, że gęsia skórka pojawiła się wczoraj na moim przedramieniu pewnie wyłącznie za sprawą klimatyzacji w Arenie.

Animacje, wyświetlane na ekranie za plecami muzyków, były o tyle efektowne, co niepokojące. Ogrom kosmosu, zgiełk uliczny, zegary symbolizujące upływający czas. Kiedy zespół przeszedł płynnie do Welcome to the Machine, obrazy tylko nabrały intensywności – zobaczyliśmy ściętą ludzką głowę czy wzburzone czerwone wody oblewające miasto, a także zdjęcia wojenne towarzyszące sprawnie wkomponowanym w całość nielicznym kompozycjom z ostatniej solowej płyty Watersa. I kiedy atmosfera gęstniała, a niektórzy może nawet zaczęli się zastanawiać, co robi teraz Katy Perry, na ekranie pojawiły się dwie poszukujące się dłonie i przyszła chwila wytchnienia w postaci Wish You Were Here. W tej samej chwili obsługa obiektu najwyraźniej znowu zaczęła bawić się klimatyzacją.

Dopełnieniem pierwszej części koncertu było wykonanie jednego z najpopularniejszych utworów z repertuaru Floydów – Another Brick in the Wall, poprzedzonego The Happiest Days of Our Lives. Nie zabrakło lokalnego akcentu. Słynne słowa „We don't need no education” wyśpiewały wraz z Rogersem dzieci z Akademii Przyszłości. Adepci wykonali także prosty układ taneczny, a w finałowych chwilach utworu zaprezentowali publiczności koszulki z napisem „Resist”, co zostało nagrodzone burzą oklasków.

Psy, świnie i Trump

Motyw oporu znalazł swoją kontynuację w czasie piętnastominutowej przerwy, kiedy napisy wyświetlane na ekranie zachęcały widzów do przeciwstawiania się m.in. neofaszyzmowi, antysemityzmowi, niszczeniu środowiska naturalnego czy… Markowi Zuckerbergowi.

To jednak nie twórca Facebooka był głównym antybohaterem wieczoru. Jeśli po pierwszej godzinie występu w czyjejś głowie pojawiły się pytania, gdzie podziało się zapowiadane przez Watersa „spektakularne show” albo niby dlaczego wyborcy Trumpa mogli poczuć się nim urażeni, to w drugiej części wątpliwości musiały zniknąć.

Gdy światła ponownie zgasły, spod dachu Areny zjechało kilka wielkich ekranów, które przecięły płytę na pół i stworzyły nad głowami publiczności wirtualną fabrykę. Wkrótce potem wokół sali zaczęła krążyć wypełniona powietrzem świnia (z napisem „Stay human” po jednej stronie i polskim odpowiednikiem „Pozostań człowiekiem” z drugiej), a później po tej samej orbicie przemieszczał się również Księżyc. Można zaryzykować stwierdzenie, że muzyka momentami schodziła na dalszy plan.

Drugą część koncertu otworzyły utwory Dogs i Pigs (Three Different Ones) z płyty Animals. W teatralnym akcie Waters przywdział maskę świni, po czym zademonstrował transparent „Pigs rule the world”. Kiedy zdjął maskę, posłużył się drugą planszą z wymownym napisem „Fuck pigs”, a następnie wzniósł toast do publiczności.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, kogo muzyk miał na myśli, przedstawiane na ekranach karykatury, cytaty, aż wreszcie olbrzymi napis w języku polskim („Trump to świnia”) nie pozostawiały pola do interpretacji. Słowa przywódcy USA były samplowane również w trakcie charakterystycznego wprowadzenia do utworu Money.

Po zaćmieniu

Po „procesie” Trumpa i kilku innych decydentów Waters wrócił do uniwersalnych motywów. Podczas utworu Us and Them, który dał nazwę obecnej trasie koncertowej, przesłanie o bezsensie wojny wzmacnianie było ilustracjami: scenami walki, zbliżeniami twarzy dzieci oraz ujęciami z protestów ulicznych. Podobne obrazy towarzyszyły utworowi Smell the Roses, który kontrastuje tytułowy zapach róż z odorem zgnilizny i rozkładających się ciał.

Spektakl zwieńczył powrót na Ciemną stronę Księżyca (w postaci utworów Brain Damage, Eclipse i wizualnej rekonstrukcji pryzmatu znanego z okładki płyty), a wraz z nim prosty wniosek: wszystko, co dzieje się w naszym istnieniu pod słońcem nie jest istotne, ponieważ i tak zostaje przyćmione przez Księżyc.

Publiczność nie pozwoliła jednak zakończyć występu tą deprymującą nutą. Bis poprzedził kilkuminutowy mobilizujący wywód Watersa. Muzyk stwierdził m.in., że ważnym postulatem dla Polaków powinien być rozdział państwa od Kościoła, a następnie zaprezentował dwa utwory z The Wall. Pierwszy z nich zadedykował matce, którą nazwał inspiracją do działania. Występ zamknął natomiast Comfortably Numb.

Wbrew tytułowi ostatniego utworu Waters usiłuje wybić swoich odbiorców z przyjemnego otępienia. Nawet w tytule zeszłorocznej płyty solowej stawia pytanie: „czy to jest życie, którego naprawdę chcemy?”. Czy jednak nie stara się za bardzo? Chyba nie bardziej niż kiedyś. Jak sam podkreślił, zaangażowaną muzykę tworzy od pięciu dekad. Fakt, że w jego twórczości przez cały ten okres wybrzmiewają podobne postulaty, z którymi się identifikujemy, ale nie potrafimy ich zrealizować, jest raczej zarzutem wobec nas niż niego. Piątkowy wieczór pokazał zaś, że w świecie, przed którego mrokiem coraz częściej ratujemy się obojętnością, potrzebujemy ludzi, którym zależy, żeby nam pokazać jasną stronę Księżyca.

Relacja: Bartosz Suchecki

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.