Nos do zespołów

3 listopada 2017

Michał Wójcik to przede wszystkim współzałożyciel i menedżer Krakowskiej Sceny Muzycznej. Na co dzień można go spotkać pracującego w Składzie Muzycznym przy ul. Skawińskiej. W „wolniejszych” chwilach jest gitarzystą i wokalistą w zespole Cinemon.

Jesteś fundatorem Krakowskiej Sceny Muzycznej, która działa od kilku lat na lokalnym rynku. Dlaczego powołałeś do życia tę instytucję?

Michał Wójcik: Powołaliśmy… bo jestem jednym z trojga fundatorów. Formalnie działamy od 2014 roku. To brzmi bardzo poważnie, ale trzeba mieć świadomość, że żaden z nas nie wyłożył milionów złotych – nie jesteśmy takimi fundatorami, o jakich się zazwyczaj myśli wymieniając to słowo. Rzeczywiście mieliśmy pewien pomysł na tę inicjatywę, która miała na celu kilka rzeczy: skonsolidowanie sceny Krakowa, szerzenie informacji o lokalnych zespołach i sprawianie, że te zespoły będą się poznawać nawzajem i działać razem. Często świetna muzyka – tylko przez sam fakt, że jest lokalna, krakowska –  grzęźnie gdzieś w piwnicach, salkach prób czy zatęchłych (z całym szacunkiem) pubach, gdzie zespoły grają dla 30 osób. Naszym zadaniem jest odkrycie takich zespołów i próba wyprowadzenia ich na świat.

Co uważasz za największy sukces w dotychczasowej działalności KSM?

Trudno o taki jeden spektakularny sukces. Nie sprawiliśmy, że jakiś krakowski zespół teraz je kawior, siedzi na Wyspach Kanaryjskich i gra trasy po całym świecie. Natomiast mieliśmy dużo minisukcesów, na miarę projektów, w które się angażowaliśmy. Na pewno możemy się pochwalić, że mamy pewien „nos do zespołów”. Na każdej edycji Tak Brzmi Miasto (wcześniej urodzinach Krakowskiej Sceny Muzycznej) pojawił się taki zespół, o którym potem było głośno. Był Clock Machine, Straight Jack Cat, Patrick the Pan, Besides… Każdy z tych zespołów po występie u nas, zaistniał w szerszej świadomości.

Sukcesem jest też wspomniane Tak Brzmi Miasto, inicjatywa rozwijająca się  roku na rok, mająca coraz większy budżet, coraz lepszych gości  i ciesząca się wzrastającym zainteresowaniem w środowisku.  Na pewno zeszłoroczna konferencja była dla nas wielkim krokiem naprzód – otworzyliśmy się na zagranicę. Pojawiło się mnóstwo gości spoza Polski, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Mieliśmy jeszcze kilka pomniejszych projektów, np. Majsterstück, program wymiany krakowsko-norymberskiej, gdzie jednym ze „zwycięzców” był zespół Hańba! Powiem nieskromnie, że byliśmy pierwsi, którzy ten zespół wyeksportowali. Bardzo chcieliśmy, żeby pojechali do Niemiec. Gdy się to udało, uruchomiło to – oczywiście nie w sensie bezpośrednim, ale może jakiejś energii wszechświata – eksportową passę tej grupy. Hańba! zwiedziła już Stany Zjednoczone, była na kilku dużych, międzynarodowych festiwalach, czy to w Hiszpanii czy w Czechach. To taka nasza mała cegiełka w budowaniu scenicznej drogi konkretnego, pojedynczego zespołu. Z tego na pewno jesteśmy dumni.

Wspomniałeś o waszym sztandarowym dziele, jakim jest konferencja Tak Brzmi Miasto, która w tym roku odbędzie się pod hasłem: Współpraca. Dlaczego taki lejtmotyw? W pojedynkę artyście trudniej? A co z twórczą niezależnością?

Wymyślając ten temat, miałem swoją hipotezę, którą spróbuję udowodnić konstrukcją programu i doborem gości. Ta hipoteza brzmi, że konieczna jest współpraca, aby cokolwiek osiągnąć na scenie. Nie da się tego zrobić w pojedynkę! W dzisiejszych czasach jest tak duża liczba i zróżnicowanie obowiązków w związku z graniem muzyki, że bez pomocy ludzi (nawet jeśli to będą na początku przyjaciele czy fani), po prostu to się nie uda.

Co zatem z twórczą niezależnością, o której wspomniałeś? Wydaje mi się, że współpraca to w ogóle w Polsce drażliwy temat. Być może mój punkt widzenia jest zaburzony. Ale nawet patrząc na nasz sztandarowy cel, czyli integrację krakowskiej sceny, to szczerze mówiąc, do tej pory nie udało nam się jej osiągnąć w takim stopniu, jakbyśmy chcieli. Nadal nie jest to jakaś normalna rzecz, że zespoły sobie pomagają na tej scenie. Z drugiej strony mam wrażenie, że w pewnych gatunkach to w Polsce wygląda lepiej czy to na scenie metalowej czy stonerowej, gdzie te zespoły się trzymają razem, wydają splity, jadą we wspólne trasy (przykładowo w grudniu odbędzie się wspólna trasa stonerowych zespołów Ketha, Merkabah i So Slow). Także na Zachodzie ten temat wygląda lepiej. Podam przykład zeszłorocznej konferencji Tak Brzmi Miasto, na którą bukowaliśmy zagranicznych prelegentów. Od początku do końca świetnie nam się z nimi współpracowało. Mam nadzieję, że tegoroczna konferencja pomoże nam znaleźć odpowiedź na to, co zrobić, by ta współpraca wyglądała lepiej także w naszym lokalnym środowisku.

Od prawie dziesięciu lat udzielasz się w zespole Cinemon. Inspirujecie się rockową klasyką, np. Cream czy Led Zeppelin, ale też reprezentantami sceny Seattle z lat 90 XX w. Rock'n'roll nie umarł?

Wydaje mi się, że żyje. My jesteśmy takimi specyficznymi rock’n’rollowcami, bo się już trochę podstarzeliśmy. Nie tyle chodzi o wiek, co po prostu o ogólne złagodnienie. W naszej muzyce nie ma (zresztą chyba nigdy nie było) aż tak dużego pokładu buntu, który jest niezbędny dla rasowego rocka. Nie wiem zatem, czy jesteśmy dobrym przedstawicielem rock’n’rolla? Ale to co znamy z lat 70. XX w. cały czas w nas tkwi. Osobiście mi bardzo ciężko sięgnąć po jakąś inną muzykę i ciągle do niej wracam.

Patrząc na kolegów ze sceny jest w Polsce kilka rewelacyjnych, ostrych bandów. Tak, rock nie umarł! Stał się trochę niszowy, zszedł do drugiego obiegu, ale to dlatego, że teraz znacznie bardziej rozwinęły się inne gatunki muzyczne, które rządzą w mainstreamie. Nadal jest porządny „wygar” w muzyce, tylko trzeba się schylić i poszukać, bo nie dostaniemy tego na tacy.

Jaki koncert wspominasz najlepiej? Z tego co pamiętam, rok temu mieliście okazję supportować Wishbone Ash? Jak odczucia?

Ten koncert rzeczywiście wspominamy bardzo dobrze. Trafiliśmy idealnie od samego początku. Okazało się, że organizatorem tego koncertu jest Cinematographer Productions i zbieżność nazw była powodem do żartów między nami. Od razu zrobił się bardzo fajny klimat, czuliśmy się tam mile widziani, zarówno przez Wishbone Ash, jak i organizatora. Ta atmosfera przełożyła się także na świetny kontakt z publicznością. To był koncert, na którym sprzedaliśmy najwięcej naszych płyt kiedykolwiek.

Ogólnie zagraliśmy mnóstwo koncertów i ciężko jakieś wyróżnić. Zresztą nieważne, ile osób na te koncerty przychodzi, najważniejsze, żeby między nami a publicznością wytworzyła się jedność, która jest głównym motywatorem do dalszego działania. Raz na parę koncertów udaje się osiągnąć taki stan, kiedy jesteśmy w „innym wymiarze”. Podsumowując: wszystkie fajne koncerty były fajne.

Ulubione miejsce do grania w Krakowie?

Pod względem warunków idealnym miejscem dla takiego – bądź co bądź – niewielkiego zespołu jak my, jest Alchemia. To dla mnie jeden z najlepszych klubów nie tylko w Krakowie, ale w całej Polsce. Sala, technika, ogólnie magiczny klimat… Choć paradoksalnie dwóch ostatnich koncertów, jakie tam zagraliśmy, nie wspominam szczególnie dobrze.

Po zmianie managementu zaprzyjaźniliśmy się też niedawno z Pięknym Psem. Dochodzę więc do wniosku, że to ludzie tworzą klimat miejsca. Sala salą, nagłośnienie nagłośnieniem, ale gdy się czujesz mile widziany przez organizatora (a nie jest to regułą), gdy zostajesz przyjęty jako gość i przyjaciel, to nie liczy się przestrzeń, w której grasz. Z ludźmi pod sceną jest podobnie. Jak dają coś z siebie, to nawet najbardziej beznadziejny klub staje się idealnym miejscem.

Po polsku czy po angielsku? W jakim języku powinni śpiewać rodzimi artyści?

Powinni śpiewać w takim, jaki uznają za stosowny. U nas od zawsze jest to język angielski. I z przyczyn osobistych na początku, nie była to żadna wyrachowana decyzja. Dzisiaj jakbym zakładał zespół to kalkulowałbym, czy bardziej mi się opłaca polski czy angielski. Wtedy było to spontaniczne. Po prostu w tekstach nie umiałem „opowiadać” po polsku. Nasz język jest dla mnie za bardzo bezpośredni. Ubierając to w angielski stosuje się pewną maskę, łatwiej mi pewne kwestie przemycić.

Ma to jednak swoje konsekwencje. Teraz ciężej się przebić z angielskim tekstem na antenę Polskiego Radia, a będzie jeszcze trudniej, bo Związek Zawodowy Muzyków negocjuje nowe kwoty, korzystne dla polskojęzycznych muzyków i tekściarzy. Z drugiej strony takiemu zespołowi jak my, łatwiej pojechać na Zachód. Nie mówię tu o Czechach, Słowacji, gdzie raczej oczekują, żeby mówić po polsku. W Niemczech, Norwegii czy Austrii, gdzie graliśmy, angielski jest wręcz naturalny i niezbędny.

Zastanawiam się często, czy to może już pora, żeby nagrać coś po polsku. Jednak ilekroć już jestem prawie przekonany, że to już ten moment, gdy siadam z gitarą w ręku, żeby wymyślić tę piosenkę, to mnie otrząsa i mówię sobie, że nie dam rady, nie z tym zespołem.

A masz jakiś swój ulubiony lokalny zespół (poza Cinemonem oczywiście) albo band, który zrobił na Tobie największe wrażenie?

Oj, będzie ciężko. Znam ich wiele nie tyle z płyt, co z koncertów. Jest w Krakowie dużo świetnych kapel, które na żywo momentalnie rozkładają mnie na łopatki, niekoniecznie grając taką muzykę, której słuchałbym w domu. Ostatnio chwycił mnie Run Forrest, który otwiera tegoroczne Tak Brzmi Miasto. Run Forrest to właściwie jeden człowiek – singer/songwriter Grzesiek Wardęga. W życiu bym nie posądzał siebie o to, że będę lubił jakiegoś singer/songwriteraJ. Dla mnie to skreślony gatunek, przez swoją powtarzalność i olbrzymią ilość songwriterów wszyscy brzmią dla mnie tak samo. Natomiast Grzesiek grając na gitarze proste piosenki sprowadza mnie na parter – udowadnia, że to piosenka, a nie wyszukana produkcja, aranż czy Bóg wie co, stanowią u sile przekazu. Grzesiek ma nie tylko talent, ale i niesamowity głos, który mnie rozbraja momentalnie. Słuchałbym go w domu na co dzień.

Generalnie na Tak Brzmi Miasto pojawi się kilka kapel, których z wielkim napięciem oczekuję. Jest to na pewno Sonbird, którzy jak na 20-latków na żywo wypadają rewelacyjnie. Poza tym Dziewczęta, krakowski skład, którego też słuchałbym w domu (nawet o to się nie podejrzewając), a także rivers.real, zespół-zagadka, bo trudno ich znaleźć. Zrobiliśmy kiedyś w ciemno ich koncert, trzy lata temu. Zagrali rewelacyjnie. Lider dysponuje przeszywającym głosem, na gitarze gra Łukasz z Dziewcząt, który też świetnie śpiewa. Razem tworzą rewelacyjny duet. Sam się na tym łapię, że to zupełnie nierockandrollowe rzeczy, które mi się podobają. Chyba się starzeję.

Ostatnie pytanie z gatunku „off the records”. Jesteś z Jasła, znasz Michała Szpaka?

Mój brat, który jest osiem lat ode mnie starszy, twierdzi, że za dzieciaka Michał bawił się na naszym podwórku. Ja nic takiego nie pamiętam. Ale to może też dlatego, że ja wyjechałem z Jasła zaraz po liceum. Ale cieszę się, że Jasło ma takiego ambasadora. I mówię to całkiem poważnie, bo wokalnie na pewno jest to niezły zawodnik. A reszta to sprawy drugorzędne.

Rozmawiał Artur Jackowski

Wywiad jest częścią cyklu rozmów z niezależnymi artystami i kreatorami kultury DIY po krakowsku.

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.