Wizje i konkrety

7 lipca 2017

Spółdzielnia Ogniwo to centrum aktywności społecznej połączone z kawiarnią i księgarnią, przestrzeń dla różnych grup i ruchów poszukujących miejsca na spotkania i organizację swoich wydarzeń społecznych i kulturalnych. Organizuje spotkania autorskie, debaty polityczne, warsztaty, koncerty i pokazy filmowe. Ma swoją siedzibę na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Paulińskiej 28.

Powiedzcie, jak to się stało, że w starej kamienicy na Kazimierzu, w dawnych salach mykwy, w miejscu, gdzie Żydówki obmywały się z widokiem na kościół, klasztorne mury i ogrody, jesteście teraz wy – Spółdzielnia Ogniwo?

Jan Krakowian: Ja zacznę, chociaż mnie tu nie było od początku. Obecnie jestem prezesem zarządu spółdzielni (dostałem takiego „kopa w górę”, chociaż wcale nie byłem współzałożycielem). To jest raczej nominalna rola, ale spędzam tu najwięcej czasu. Oryginalnie to był pomysł Łukasza Dąbrowieckiego; Spółdzielnia Ogniwo miała być spółdzielnią pracy osób, które są związane z produkcją książek, broszur, z tłumaczeniami i tak dalej.

Alicja Beryt: Mieliśmy rozmaite pomysły na różne spółdzielnie, ale ostatecznie Ogniwo miało nas przede wszystkim zatrudnić (ludzi, którzy robią na freelansie). Chcieliśmy wreszcie znaleźć sobie lokal, w którym będziemy prowadzić naszą działalność.

JK: To miało być biuro coworkingowe połączone z księgarnią.

AB: No, nie do końca…

JK: Może na początku było to jeszcze rozmyte.

AB: Dokładnie, na początku mieliśmy po prostu dużo pomysłów. Chcieliśmy nie tylko razem pracować, ale też prowadzić miejsce spotkań dla różnych grup inicjatywnych (jak ruchy miejskie, Krakowski Chór Rewolucyjny czy Klub Krytyki Politycznej).

JK: Żeby nie było już obaw, czy ktoś się zgodzi, byśmy u niego w lokalu malowali transparenty na jakiś protest…

AB: Albo śpiewali – to zawsze był problem!

Jak duża była grupa założycieli?

JK: Dziesięć osób – to jest zresztą minimalna liczba osób, która może założyć spółdzielnię pracy w Polsce.

Od początku wiedzieliście, że chcecie zająć ten lokal?

JK: Nie, poszukiwania trwały jakieś dziewięć miesięcy. Zabawne jest to, że zajmujemy pierwszy lokal, który był oglądany pod siedzibę spółdzielni. Po tym miejscu były brane pod uwagę jeszcze dziesiątki innych, powstała wielka tabelka w Excelu z punktacją w różnych kolumnach. A ten lokal, koniec końców, wygrał, choć miał zero punktów przy dostępności dla osób z niepełnosprawnościami.

AB: To był dla nas duży problem, dlatego kiedy przyszliśmy tutaj, stwierdziliśmy, że to jest bez sensu. Po pierwsze: za duża przestrzeń, a po drugie: te schody, które trzeba przemierzyć, żeby do nas dotrzeć! – to jednak wyklucza przynajmniej część naszej klienteli.

JK: Teraz przynajmniej ta wielkość jest plusem. W każdym razie spółdzielnia podjęła decyzję, że się tu angażuje. Lokal wtedy wyglądał zupełnie inaczej, był zrujnowany i wymagał remontu. Ja od jakiegoś czasu byłem konsultantem do spraw wnętrzarsko-architektonicznych.

AB: Spotykałeś się z naszą ekipą dosyć często, nawet częściej niż niektórzy spółdzielcy.

JK: W końcu dołączyłem oficjalnie, było nas mniej więcej piętnaścioro.

I to był czas adaptacji tego lokalu – najpierw mieliście bardzo dużo pracy, żeby dostosować go do swoich potrzeb.

AB: Tak, trwało to prawie cały rok.

JK: Wynajęliśmy lokal w lipcu 2014. Pierwsze zamknięte wydarzenia, warsztaty, które się tu odbywały, to był marzec 2015, ale ludzie jeszcze wtedy chodzili pomiędzy europaletami i wiszącymi foliami, bo było malowanie. Potem mieliśmy jakiś koncert i wreszcie promocję książki Janka Sowy na początku maja 2015. Dziewięć miesięcy remontu.

Remontowali sami spółdzielcy, czy zatrudniliście ekipę zewnętrzną?

AB: W 90% sami spółdzielcy.

JK: Zatrudniliśmy tylko jedną znajomą ekipę, która zrobiła nam m.in. wygłuszenie w sali koncertowej (wtedy nam się wydawało, że ona będzie bardziej „koncertowa”, niż w rzeczywistości jest teraz).

Skoro planowaliście salę koncertową, to znaczy, że już wtedy myśleliście o prowadzeniu tutaj działalności kulturalnej – czyli wasze myślenie dosyć szybko wyewoluowało od spółdzielni pracy w inną stronę.

JK: Stało się to w momencie, w którym podjęliśmy decyzję o wynajęciu lokalu o powierzchni 300 m2. Wiedzieliśmy, że nie potrzebujemy takiej przestrzeni, żeby postawić siedem biurek. Wymyśliliśmy, że to będzie księgarnia z salą koncertowo-kinową.

AB: Dużo rzeczy wyszło „w praniu”. Robota koncepcyjna jest jednak bardzo skomplikowana, a rzeczywistość i tak wygląda inaczej.

JK: No i nikt z nas nie prowadził wcześniej swojego biznesu.

AB: Niektórzy z nas pracowali „w kulturze”, ktoś tam pracował kiedyś w knajpie…

JK: … w wydawnictwie albo w księgarni…

AB: … raczej u kogoś niż u siebie.

Na waszym facebookowym profilu można przeczytać, że hasło, które najlepiej opisuje, czym jest Ogniwo, to „spółdzielczy dom kultury”. Czy to jest idea, którą w tej chwili realizujecie?

AB: Myślę, że tak. To jest chyba najbliższe temu, co się tutaj dzieje. Nasza działalność kulturalna rozrosła się nawet bardziej niż podejrzewaliśmy.

JK: Mamy cztery-pięć eventów tygodniowo, w szczytowych okresach cały czas coś się dzieje, w wakacje trochę mniej. Zwykle wygląda to tak, że ktoś się do nas zgłasza ze swoim pomysłem: mówi, że chce coś zrobić, a my się najczęściej na to zgadzamy.

AB: Oprócz wydarzeń kulturalnych (promocji książek czy pokazów filmowych) jesteśmy też miejscem spotkań dla różnych formalnych i nieformalnych grup – czyli tym, czym chcieliśmy być.

JK: Z drugiej strony wiemy już lepiej, co sami chcemy robić. Wydaje mi się, że ciągniemy w kierunku bycia księgarnią, choć być może wszyscy dookoła widzą w nas przede wszystkim lokal na wydarzenia kulturalne.

To fakt, jesteście postrzegani jako przyjazna przestrzeń dysponująca odpowiednią infrastrukturą.

AB: W końcu mamy lokal, w którym jest dużo miejsca. Jeszcze kilka lat temu większość dostępnych sal była przynajmniej o połowę mniejsza niż ta, w której teraz siedzimy. Obecnie to się trochę zmieniło, jest silnie eksploatowane industrialne Zabłocie czy Dolne Młyny, gdzie są wielkie przestrzenie. Mimo wszystko mamy swoją niszę (Ogniwo i kilka zaprzyjaźnionych lokali, jak na przykład Bonobo) – tak, to ciągle jest nisza, a nie super przepis na biznes, żeby otworzyć ideową księgarnio-kawiarnię, która będzie miejscem spotkań dla środowisk zaangażowanych społecznie.

Prawie wszystkim projektom kojarzonym z Ogniwem dałoby się przypiąć łatkę kultury zaangażowanej, ale jednak spotykają się tu bardzo odmienne środowiska. Gości u was cykl Against Gravity, który przyciąga ludzi zainteresowanych problematyką praw człowieka poruszaną przez filmy dokumentalne, a z drugiej strony organizujecie spotkania fanów różnych gatunków metalu pod hasłem #zływieczór.

AB: Tak, to dla nas samych jest zaskoczeniem! #zływieczór to autorski projekt Krzyśka Wołodźki, jednego z naszych spółdzielców – wydarzenie, które jest dowodem na to, że potrafimy się pięknie różnić. Te spotkania są zawsze powodem do radości i żartów z tego, jak to nasze gusta muzyczne do siebie pasują albo nie pasują. Bardzo się cieszymy, że przychodzą do nas panowie-metale i panie-metalówy!

JK: Z wielką radością wywieszamy tęczową flagę na tych „mrocznych” wydarzeniach i nie ma żadnych komentarzy. To jest tak, że niektórzy spółdzielcy i spółdzielczynie mają swoje specyficzne zainteresowania, których pozostała część ekipy może nie podzielać, ale nie stanowi to jakiegoś problemu.

AB: Myśleliśmy też, żeby rozwinąć kreatywnie ideę „złego wieczoru” i organizować „mdły wieczór” o ambiencie – projekt jest w fazie koncepcji, efekty może zobaczymy w przyszłym roku.

Okej, macie stałych bywalców o różnych zainteresowaniach. A co ze stałymi klientami waszej księgarni – czy są ludzie, którzy przychodzą do was przede wszystkim kupować książki?

AB: Tak, są tacy ludzie, niektórzy nawet przyjeżdżają z innych miast i zawsze, jak są w Krakowie, robią u nas duże zakupy, to jest super.

JK: Nasz asortyment jest specyficzny. Na początku mieliśmy wszystkie książki wydane przez Krytykę Polityczną i większość publikacji Książki i Prasy, czyli Bibliotekę „Le Monde diplomatique”. Generalnie – lewicowe klimaty. Dzięki bezpośredniemu kontaktowi z wydawnictwami mieliśmy od nich wszystko, więc jak ktoś wiedział, że chce coś wydanego przez to konkretne wydawnictwo, mógł to znaleźć u nas. Potem zaczęliśmy autorsko dobierać sobie z różnych wydawnictw książki, które sami chcielibyśmy przeczytać, polecić innym ludziom czy po prostu sprzedawać.

Działacie na Kazimierzu, który jest nie tylko krakowską imprezownią i centrum turystycznym, ale też miejscem życia społeczności lokalnej, która ma swoje zainteresowania i problemy. Jaki jest wobec tego lokalny aspekt waszej działalności? Ludzie z okolicy do was przychodzą, macie z nimi kontakt?

JK: My się jednak bardziej targetujemy na całe miasto, nasi klienci zjeżdżają się zewsząd. Z okolicy czasem wpadają rodzice z dziećmi, szczególnie latem. Robiliśmy nawet urodziny dla lokalsów.

AB: Z drugiej strony, ja mieszkam od dosyć dawna na Kazimierzu i nie jestem wcale pewna, czy istnieje coś takiego jak „kazimierska społeczność”. Trudno byłoby nam tutaj odpowiadać na potrzeby konkretnej społeczności lokalnej.

JK: Obserwując przez ostatnie trzy lata tę dzielnicę, ulicę Paulińską i sam nasz budynek, mogę powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jedną z końcowych faz gentryfikacji. My, jako knajpa, jesteśmy poniekąd elementem tego procesu. Bardzo dużo sklepów upadło, np. ten, w którym jeszcze dwa lata temu kupowaliśmy drewno, żeby zrobić remont. Na ich miejscu popowstawały knajpy. Mieszkańcy też się wymieniają. Są jeszcze rodziny z dziećmi i emeryci, ale jest ich coraz mniej. Znam wiele osób, które mieszkają na Paulińskiej, oni się tu wprowadzili w ciągu ostatnich dwóch lat. Z mieszkania nad nami wyprowadziła się rodzina chasydzka, teraz jest tam airbnb, więc już nie ma prawdziwych mieszkańców.

AB: Nasi nowi „sąsiedzi” to przede wszystkim biura, jest jedynie kilkoro lokatorów, którzy tutaj mieszkają.

A co z innym sąsiedztwem, jak np. Teatr i Artcafe Barakah? Wchodzicie z nimi w jakieś interakcje, lubicie się z tą ekipą?

AB: Lubimy się. My zamykamy o 22.00, a oni mają czynne dłużej, więc wysyłamy do nich naszych klientów po zamknięciu.

JK: Razem z nimi robiliśmy też jeden z wieczorów festiwalu Queerowy Maj, był w dwóch lokalach, najpierw u nas, a potem u nich.

W waszym budynku mieścił się kiedyś Teatr Łaźnia i kilka innych instytucji. Spotykacie się z jakimiś sentymentami z minionych lat?

AB: Ludzie związani z Łaźnią kiedyś nas odwiedzili, raz czy drugi.

JK: Ale jednak dzielą nas te dwie kondygnacje. Zresztą Łaźnia tu była mniej więcej dwadzieścia lat temu i ludzie, którzy tam przepędzali całe dnie i pili całe wieczory, teraz już mają dzieci, więc nie mogą za dużo czasu spędzać na mieście, tylko wpadają i znikają.

AB: Było też tutaj na przykład Radio Bez Kitu, miało swoją redakcję w podwórzu. Pracowała w nim jedna z naszych spółdzielczyń Kasia Maleszka, no i ona wciąż jest tutaj, a inne osoby z radia czasami przychodzą. Dużo wcześniej działała tu Spółdzielnia Hydraulik, po której została na dole tablica pamiątkowa, ponieważ członkowie Spółdzielni Hydraulik montowali podczas okupacji nie tylko części hydrauliczne, ale i granaty dla podziemia o wdzięcznej nazwie „sidolówki”.

Zostawmy przeszłość i wspomnienia. Jaka jest wasza wizja na przyszłość? Teraz chcecie przede wszystkim identyfikować się jako księgarnia, ale pewnie są różne siły działające wśród was. Jak sobie wyobrażacie Ogniwo za dwa lata, za pięć lat?

JK: Mieliśmy ostatnio wyjazd integracyjny i myśleliśmy o tym. Poszliśmy w straszną abstrakcję, mówiliśmy o otwieraniu innych obiektów pod Krakowem.

AB: Oprócz wielkich abstrakcyjnych wizji mamy też małe konkretne marzenia – ale i tu są różne ograniczenia. Bardzo chcielibyśmy mieć ogródek. Nie wiemy, kiedy to się wydarzy i czy się wydarzy. Zdjęcia nam mówią, że kiedyś tu jednak był ogródek. Gdyby parkowanie w Krakowie wyglądało nieco inaczej... „Zielone chodniki”, a nie parkingi na chodniku… Ja bym chciała z takich skromnych marzeń mieć właśnie ogródek przed Spółdzielnią Ogniwo, to by było super. W zasadzie nie przeszkadzałoby mi, gdybyśmy dalej robili to, co robimy teraz. Wszyscy mamy świadomość, że to się nie opłaca, ale dobrze, że ktoś to robi. Ktoś to zdecydowanie powinien robić w Krakowie. Super, gdyby to była ciągle nasza ekipa, ale w tym celu przydałoby się większe wsparcie ze strony miasta. Bardzo bym chciała, żeby miasto dofinansowywało nieopłacalne interesy, które robią dobrą robotę – powiem nieskromnie.

Interesuje mnie jeszcze, dlaczego trzymacie się idei spółdzielczości. Na przykład urządzacie dzień otwarty 1 lipca, kiedy jest Dzień Spółdzielczości. Polakom kojarzy się to głównie z mało przyjemną administracją spółdzielni mieszkaniowych. Widzicie w tym jakiś potencjał?

JK: Dominuje skojarzenie spółdzielczości z PRL-em, natomiast koncepcja jest jeszcze przedwojenna i przed wojną bardzo dobrze działała. Ja nie jestem akurat największym freakiem spółdzielczym, ale mamy parę osób tym mocno podjaranych. Mnie osobiście najbardziej tu interesuje aspekt wspólnotowy i demokratyczne podejmowanie decyzji. Mam doświadczenie pracy w zwykłym przedsiębiorstwie, gdzie miałem szefa i wiedziałem, że robię rzeczy, które nie mają sensu, ale nie byłem nawet w stanie mu tego wytłumaczyć. On nie rozumiał, co ja tak naprawdę robię, albo go to w ogóle nie interesowało, więc robiłem coś bez sensu i dostawałem za to pieniądze. Ile tak można? Zdecydowanie jest mi bliższa taka forma, w której każdy pracownik może rozmawiać, wytłumaczyć, o co chodzi, i działa na samego siebie. W spółdzielni wszystkie decyzje są podejmowane wspólnie, mamy cotygodniowe spotkania i internetowe narzędzia, które nam ułatwiają kontakt na bieżąco.

AB: W zasadzie konsultujemy między sobą wszystko. Jeśli ktoś jest bardzo przeciwny jakiemuś projektowi, który chcemy zrealizować, to go nie realizujemy.

Wystarczy liberum veto?

AB: Właśnie chciałam się odnieść do liberum veto. Myślę, że przez tych kilka lat wypracowaliśmy w sobie bardzo silne myślenie wspólnotowe. Ja na przykład, jeżeli mi się nie spodoba coś, co miałoby się tutaj odbywać, nie powiem „nie róbcie tego, bo inaczej to jest mój ostatni dzień w spółdzielni”, ale raczej „okej, zróbcie to, jeśli uważacie, że to jest spoko, a ja po prostu nie będę w tym brała udziału”. To jest jednak coś innego niż liberum veto, nie jest zrywaniem całej struktury, chociaż mamy jeden śmieszny przykład takiego działania.

JK: Ten śmieszny przykład stał się już naszym memem, jest zawsze przywoływany w podobnych sytuacjach. Był taki pomysł, który spotkał się z bardzo silnym liberum veto, niewspółmiernym w ogóle do sytuacji. Koniec końców – tym, co się nigdy nie odbędzie w Spółdzielni Ogniwo, jest wegański speed dating.

AB: Nie z powodu aspektu wegańskiego, tylko ze względu na sam speed dating! Poszło o merkantylizację, utowarowienie relacji międzyludzkich. A „wegański speed dating” to teraz takie nasze słowo-klucz.

Rozmawiał Igor Kuranda

Wywiad jest częścią cyklu rozmów z niezależnymi artystami i kreatorami kultury DIY po krakowsku.

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.