Wiatr w skrzydłach

15 stycznia 2021

O spotkaniu młodego skrzypka z poetą fortepianu mówi Stanisław Słowiński.

Karnet: W ostatnich miesiącach wiele uwagi poświęciłeś Fryderykowi Chopinowi – planowałeś go zaprezentować publiczności azjatyckiej, a wkrótce będzie bohaterem twojego „polskiego” projektu. Dlaczego właśnie ten kompozytor?

Stanisław Słowiński: Idea tego koncertu powstała w ramach naszej wieloletniej współpracy z projektem Jazzpopolsku i Fundacją Plateaux. Dzięki niej razem z moim zespołem już od kilku lat regularnie gramy trasy koncertowe w Azji. To naprawdę świetne doświadczenie, bardzo inspirujące i budujące ze względu na totalną różnorodność kulturową, z którą możemy wówczas obcować. Z roku na rok harmonogram naszych azjatyckich tras stawał się coraz bardziej rozbudowany, do tego stopnia, że obecnie to Chiny są drugim po Polsce krajem na świecie, gdzie zagraliśmy największą liczbę koncertów.


Fot. Robert Słuszniak dla KBF

Read also in English

Myśląc o kolejnej trasie, chcieliśmy przygotować coś naprawdę wyjątkowego – tak narodził się projekt Chopin’s Visions, w którym zderzamy moją autorską muzykę z kompozycjami Chopina w moich aranżacjach i opracowaniach. Wszystko to w rozbudowanym składzie: 7-osobowe combo jazzowe i orkiestra kameralna. Planowaliśmy na 2020 rok dużą trasę, wielkie sceny. Z oczywistych względów te plany musieliśmy zmodyfikować i przełożyć tournée.

Praca nad tym materiałem dała mi niezwykle dużo radości, była bardzo inspirująca. Chopin to niepodważalnie genialny kompozytor. Nie mówię tu jedynie o jego warsztacie kompozytorskim czy, co oczywiste, umiejętnościach instrumentalnych, których echa odbijają się w jego dziełach. W jego muzyce najbardziej ujmuje mnie niezwykła wrażliwość na frazę, na kolorystykę i fakturę stosowanych rozwiązań harmonicznych i przede wszystkim niezwykle mocny i bezpośredni przekaz emocjonalny, dzięki któremu jest ona uwielbiana przez słuchaczy na całym globie. To prawdziwa „muzyka duszy”.

Jak to jest przenosić kompozycje mistrza na skrzypce? Odczuwałeś presję związaną z kalibrem materiału?

Nie mogę powiedzieć, żebym czuł presję – bardziej ekscytację związaną z twórczym obcowaniem z naprawdę najwyższej próby sztuką. Takie projekty to zawsze znakomita okazja, aby zaczerpnąć inspiracji, poczuć wiatr w skrzydłach, dotykając owoców czyjegoś geniuszu.

Nie jestem zwolennikiem stawiania wielkich dzieł na postumentach i oglądania ich zza muzealnych szyb. Przeciwnie – jestem zdania, że najwybitniejsze kompozycje w historii muzyki cechuje niezwykła wręcz interaktywność twórcza. Można się jej poddać w warstwie interpretacji – jak się to dzieje w przypadku wykonawstwa klasycznego; można dać się jej ponieść, idąc w kierunku reinterpretacji i tworzenia autorskich opracowań – i tak było w tym przypadku.

Dobierając program i przygotowując aranżacje, starałem się jak najpełniej zrozumieć opracowywane utwory – odnaleźć w każdym z nich jego esencję, rdzeń. Kolejnym krokiem jest rozwinięcie zadanej przez Chopina koncepcji, idei i przepuszczenie jej przez własną wrażliwość tak, żeby jednocześnie nie zatracić jej sedna. To wymagające i piękne wyzwanie.

Projekt Chopin’s Visions był rozwijany z myślą o Chinach i Korei Południowej. To chyba gościnne strony dla polskich jazzmanów? Jak wspominasz koncerty grane dla tamtejszej publiczności (np. trasę promującą twój album Visions)?

Jak już wspominałem, Azja to nasz stały kierunek podczas tras koncertowych dzięki współpracy z Jazzpopolsku i Fundacją Plateaux. Tak jak powiedziałeś, to bardzo gościnne strony, a publika jest głodna poznawania jazzu w nowych, świeżych odsłonach. Szczególnie często gramy w Chinach, które są pod tym względem wyjątkowe. Już sama skala, z którą się tam spotykamy, zmienia kontekst. Miasta są ogromne i różnorodne. Dla porównania: jedno z czterech chińskich miast wydzielonych Chongqing powierzchnią niemal dorównuje Austrii, a pod względem liczby mieszkańców… przewyższa ją ponad trzykrotnie (około 30 milionów mieszkańców). To dobry obraz skali tego kraju. Rodzą się tam zupełnie inne możliwości.

Jazz w Chinach staje się coraz bardziej popularny. Wydaje się, że cały czas jego popularność jest tam w etapie rozkwitu, co jest bardzo korzystne. Słuchacze są niezwykle głodni nowych dźwięków i otwarci na eksperymenty – ich odbiór bazuje na doznaniach, emocjach, nie jest skażony niepotrzebnym formalizmem, co czuć z perspektywy sceny.

Jednocześnie polski jazz stał się już w Chinach marką samą w sobie. W ramach projektu Jazzpopolsku w ostatnich latach polscy artyści zagrali tam kilkaset koncertów, odwiedzając najważniejsze sale koncertowe i festiwale. Bardzo się cieszę, że mogę być częścią tej historii.

W związku z pandemią projekt zmienił nieco swój charakter. Zamiast koncertów w Azji wraz Fundacją Plateaux zdecydowaliście się stworzyć widowisko multimedialne – „dźwiękową i wizualną wizytówkę polskiej kultury, architektury i krajobrazów”. Skąd ten pomysł? Czujesz się kulturalnym ambasadorem Polski?

Pomysł zrodził się w sposób zupełnie naturalny. Mieliśmy gotowy koncept naprawdę dobrego i różnorodnego projektu, którego nie mogliśmy pokazać w warunkach koncertowych z racji trwającej pandemii. Zależało nam, żeby projekt sfinalizować, a dzięki programowi grantowemu Ministerstwa Spraw Zagranicznych nadarzyła się ku temu idealna okazja.

Powstało więc osiem wideosesji, w których ujęcia z futurystycznego Alvernia Studios przeplatają się z małopolskimi pejzażami i zabytkami – wiele z nich znajduje się na światowej liście dziedzictwa UNESCO. Odwiedziliśmy m.in. zamek królewski na Wawelu, zamek w Pieskowej Skale, Willę Decjusza czy autorską galerię rzeźby Bronisława Chromego. Cały materiał został zarejestrowany w interaktywnym systemie wideo VR 360 stopni – powstał naprawdę unikatowy projekt.

Co do drugiej części pytania, myślę, że każdy aktywny twórca jest ambasadorem kręgu kulturowego czy społecznego, z którym się identyfikuje – czy tego chce, czy nie. Ja czuję się mocno związany z polskim dziedzictwem kulturowym – nie tyle ze względu na pochodzenie, co po prostu przez moje osobiste preferencje. Uwielbiam polską muzykę, malarstwo czy literaturę, znajduję w nich mnóstwo inspiracji i napędu do pracy twórczej, która szczęśliwie owocuje bardzo dużą aktywnością koncertową i trasami na całym świecie.

Już w styczniu użytkownicy platformy PLAY KRAKÓW będą mogli obejrzeć wywodzący się z omawianych projektów koncert poświęcony postaci najsłynniejszego polskiego kompozytora.

Na program koncertu Chopin Impressions, który przygotowaliśmy dla PLAY KRAKÓW, składa się dziesięć kompozycji Chopina w moich autorskich opracowaniach. Część z nich została przygotowana i wykonana zupełnie premierowo, więc widzowie platformy będą pierwszymi, którzy będą mieli okazję poznać naszą wizję tej muzyki.

Cały przygotowany materiał mimo swojej różnorodności jest zbudowany wokół jednej nici narracyjnej – nie ma tu podziałów na części stricte „klasyczne” i „jazzowe”. Aranżacje przeprowadzają nas przez tematy, myśli, motywy oryginalnych kompozycji, zataczając jednocześnie szerokie kręgi i stwarzając nam pole do improwizacji inspirowanej nieśmiertelnymi dziełami jednego z najważniejszych polskich kompozytorów.

Materiał będzie wyjątkowy, nie pracowaliśmy bowiem w formacie typowej rejestracji live. Chopin Impressions przygotowaliśmy, pracując koncepcyjnie, zarówno jeśli chodzi o materiał muzyczny, jak i całą oprawę – narrację wideo czy aspekty techniczne.

Dźwięk nagraliśmy w studyjnej jakości pod okiem Bartka Magdonia – realizatora, z którym od lat współpracujemy. Zrobiliśmy wspólnie dziesiątki, jak nie setki koncertów, albumów, sesji live. Jest świetnym reżyserem dźwięku z otwartą na muzykę głową. Za reżyserię świateł odpowiadała Ada Bystrzycka z Multisceny, prawdziwą artystka światła – operuje nim, wydobywając napięcia i narrację muzyki. Wideo wyreżyserował i zrealizował Mateusz Miszczyński ze swoim domem produkcyjnym Linoskoczek. Mateusz to reżyser bardzo doświadczony i wyczulony na detal i interakcję z muzyką. Jego portfolio jest niezwykle bogate i różnorodne – jedna z jego najciekawszych produkcji to klip dla legendarnego producenta tworzącego pod pseudonimem Tricky (dawniej członek zespołu Massive Attack). Bardzo się cieszę, że mogliśmy jako agencja InfraArt – której jestem założycielem i dyrektorem – kompleksowo zająć się realizacją tego koncertu. Mogłem dzięki temu skupić się na pracy wyłącznie z ludźmi, których cenię artystycznie i zawodowo, co daje duży komfort i mocno przekłada się na finalny efekt produkcji.


Fot. Jakub Byczek (InfraArt)

Z wielką uwagą podchodzisz do kwestii produkcji – wcześniej wspomniałeś m.in. o technice wirtualnej rzeczywistości VR 360. Lubisz nowinki technologiczne? Upatrujesz w nich szansy dla atrakcyjniejszego przedstawienia muzyki, poszerzenia grona odbiorców swojej twórczości?

Praca w środowisku VR jest bardzo ciekawa, daje nowe możliwości wyrazu i cieszę się, że miałem okazję uczestniczyć w takich nowatorskich, szeroko zakrojonych realizacjach. Osobiście staram się mieć podejście kompleksowe – w nowych możliwościach technicznych nie upatruję rewolucji, widzę je jako uzupełnienie warsztatu, pole do nowych poszukiwań.

Z pewnością poszukiwania nowych form wyrazu mogą stworzyć płaszczyznę do skutecznej promocji sztuki. Przemysł muzyczny – czy szerzej rozrywkowy – zawsze nadawał tempo rozwojowi technologii, budując coraz szerszą grupę odbiorców na całym świecie. Rozwój technologii wykorzystywali zarówno muzycy, kompozytorzy, jak i artyści świata kina czy innych sztuk wizualnych – to zupełnie naturalny proces i chętnie idę tą drogą. Przyjmuję jednak, że rdzeń sztuki, którą chcę tworzyć, pozostaje niezmienny: swoją uwagę skupiam na muzyce, która w sposób bezpośredni i czytelny może przekazywać treści, emocje.

Pandemia dała się branży we znaki. Twoje występy były wielokrotnie przekładane, ale nie dajesz za wygraną – i tak wziąłeś w tym roku udział w wielu koncertach i nagraniach. Niedawno ukazał się też twój nowy album Solo Violin Avantgarde. Pewnie liczne plany zostały pokrzyżowane, ale może pojawiły się też miłe niespodzianki. Jak podsumujesz ten rok?

To faktycznie bardzo specyficzny rok. W moim przypadku już jego początek przyniósł lawinę zmian. W samym marcu miałem bardzo gęsty koncertowy harmonogram pełen naprawdę ważnych wydarzeń – w Polsce, za granicą, kluby, sale koncertowe, festiwale – niektóre wyprzedane ze sporym wyprzedzeniem. Zapowiadało się naprawdę pięknie, a ograniczenia związane z pandemią zmusiły nas do natychmiastowej reakcji i modyfikacji całego kalendarza. Z ulgą muszę przyznać, że ogromna większość promotorów czy organizatorów koncertów zachowała się wspaniale i w zasadzie żadne z zaplanowanych wtedy wydarzeń nie zostało definitywnie odwołane – część mogła odbyć się w późniejszych terminach, część w wariancie online, niektóre czekają wciąż na nowe daty – za co jestem niezmiernie wdzięczny.

Jeśli chodzi natomiast o bilans całego roku, to muszę przyznać, że doświadczam wielkiego szczęścia, bo mimo wszystkich przeciwności minione 12 miesięcy było dla mnie artystycznie i zawodowo niezwykle udane. Kilkadziesiąt koncertów, niezliczona ilość sesji nagraniowych, premiery aż trzech albumów z moim udziałem i wielu innych, których byłem producentem, nowe współprace, kilka – co szczególnie nietypowe w tych warunkach – nowych międzynarodowych projektów. Po tych intensywnych miesiącach jestem mocno wyeksploatowany i bardzo szczęśliwy. Czekam z niecierpliwością, aż – miejmy nadzieję już niedługo – będziemy mogli wszystkie nowe projekty puścić w świat i pokazać na żywo. Zaplecze zbudowaliśmy potężne, czekamy niecierpliwie na powrót na trasę.

Niedawno zagrałeś na koncercie Directions in Music poświęconym postaci Zbigniewa Seiferta. To ten wybitny krakowski skrzypek był jedną z inspiracji do stworzenia płyty Solo Violin Avantgarde. Czy możesz nam powiedzieć również o innych kierunkach poszukiwań, które wpłynęły na kształt albumu?

Miło, że wspomniałeś o tym szczególnym dla mnie wydarzeniu. Koncert odbył się w ramach cyklu od lat prowadzonego przez Pawła Kaczmarczyka – pianistę, którego bardzo cenię. Nasze ścieżki skrzyżowały się podczas pierwszej edycji konkursu im. Zbigniewa Seiferta, który był dla mnie niezwykle ważnym wydarzeniem – pod wieloma względami to punkt zwrotny mojej drogi. Koncert poświęcony twórczości Seiferta odbył się w klubie Strefa – miejscu bardzo mi bliskim, prowadzonym przez moich rodziców i będącym jednocześnie jednym z najbardziej wielobarwnych miejsc na koncertowej mapie Krakowa.

Twórczość Seiferta od lat niezmiennie mnie fascynuje – ta inspiracja była impulsem do powstania mojego ostatniego albumu, ale na jego końcowy kształt składa się o wiele więcej idei. Poza Seifertem i jego kultowym Solo Violin inspiracji szukałem wśród twórczości mnóstwa innych artystów sceny jazzowej, których muzykę uwielbiam, jednak jednym z najważniejszych fundamentów tego materiału jest fascynacja klasyczną literaturą skrzypcową. Mam mocny background pod tym względem – kilkanaście lat edukacji i pracy nad klasycznym repertuarem, warsztatem. Od dłuższego czasu staram się utrzymać balans pomiędzy pracą nad klasycznym i improwizowanym, autorskim repertuarem – im bliżej jestem tej równowagi, tym więcej radości i swobody twórczej czuję podczas pisania własnej muzyki. Ta idea i te poszukiwania budują ten album.

Rozmawiał Bartosz Suchecki, „Karnet”

Obserwuj Stanisława Słowińskiego w mediach społecznościowych:
Facebook
Instagram
YouTube

więcej

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.