Jest moc

15 stycznia 2021

O pożytkach z integrowania ludzi opowiadają Maja Łapuszyńska z KBF i Michał Wójcik z fundacji Krakowska Scena Muzyczna.

Karnet: Miłośnikom motoryzacji nazwa HEMI kojarzy się z typem silnika. My jednak pozostańmy w sferze kultury, w której ten skrót należy odczytać: Hub for the Exchange of Music Innovation. Międzynarodowy projekt łączy artystów i specjalistów pracujących w branży muzycznej. Jak zaczęła się dla was ta przygoda?

Michał Wójcik: Obecność fundacji Krakowska Scena Muzyczna w HEMI jest efektem starej znajomości z pomysłodawcą tego projektu Georges’em Perotem. Poznaliśmy się w 2016 roku za pośrednictwem Mártona Náraya, który obecnie reprezentuje w HEMI organizację SoundCzech, przy okazji rozmów nad bliżej nieokreślonym projektem muzycznym obejmującym Europę Środkowo-Wschodnią. To była próba budowania jakiejś sieci współpracy w naszej części kontynentu. W burzę mózgów zaangażowało się kilka osób z kilku państw, ale wówczas do niczego nie doszło. Na jakiś czas wszystko ucichło. Pomysł wrócił w 2018 roku – Georges przygotował ogromny projekt do programu Kreatywna Europa [unijny program wsparcia dla sektorów kultury, audiowizualnego i kreatywnego – przyp. red.], który wszyscy ochoczo sygnowali. Nie wiedzieliśmy do końca, na co się piszemy, bo dokument był zawiły, ale doprowadził do tego, że rzecz, która się wykluwała przez cztery lata w głowach kilku osób, od 2020 roku zaczęła być wcielana w życie.

Maja Łapuszyńska: Dla mnie ten projekt zaistniał w okolicach 2017 roku, także za sprawą Georges’a Perota. Poznaliśmy się w ramach European Music Day Association, które zrzesza wszystkich organizatorów święta muzyki [w Krakowie odbywającego się pod nazwą Wianki – przyp. red.]. Podczas konferencji w Palermo dyskutowaliśmy o tym, co możemy zrobić dla społeczności lokalnych muzyków. Kiedy przedstawiłam projekt „Partnerstwo dla Muzyki”, w którego ramach chcieliśmy robić rezydencje muzyczne i wymiany zespołów, Georges – odpowiedzialny za koordynację greckiego święta muzyki – zaczął opowiadać o HEMI. Na spotkaniu byli również Peter Baroš z SIGIC (Słoweńskie Centrum Informacji Muzycznej) oraz wspomniany Márton z SoundCzech. Georges przedstawił założenia programowe, a my zaczęliśmy je rozwijać.

Kiedy przejrzeliśmy projekt-kobyłę złożony do Kreatywnej Europy, stwierdziliśmy, że dokument w pełni pokrywa się z działalnością KBF, z tym, co robimy jako Wianki – Święto Muzyki i dla wsparcia lokalnej społeczności. Zorientowałam się wówczas także, że jako jedyne państwo jesteśmy reprezentowani przez dwa podmioty, a na dodatek oba… z Krakowa. Niesamowity przypadek, ale dzięki temu jest moc: jeden z podmiotów jest grassrootsowy – Michał ma koneksje i przełożenie na społeczność lokalną od strony artystycznej – a drugi to duża instytucja, która dysponuje narzędziami i wyraża chęć do współpracy z lokalnymi zespołami. Mamy różne cele, a HEMI pozwala nam je realizować.

Co zmieniło wasze przystąpienie do HEMI?

MW: Nie pamiętam, czy HEMI było nam prezentowane na początku w wersji z KBF, czy ta informacja doszła na pewnym etapie. Nie ma to chyba szczególnego znaczenia, ale pokazuje to, w czym Georges jest dobry i co jest esencją tego projektu. Networking, budowanie rzeczy w oparciu o organizacje i wydarzenia, które już istnieją, i ludzi, którzy chcą coś robić. Georges znalazł takie osoby w różnych miejscach, różnych organizacjach, nadał im wspólny cel, mianownik i zapoczątkował efekt domina.

MŁ: Esencją projektu jest łączenie ludzi. HEMI daje nam narzędzia do tego, żebyśmy mogli wspierać profesjonalizację branży, coś, czego w Polsce brakuje. Nie możemy iść na studia, by nauczyć się tego, jak być menadżerem, agentem czy promotorem. Ludzie są w tej branży dzięki pasji – wiedzę zdobywają metodą prób i błędów, a nie z książek i wykładów. Dla nas jest ważne, by to wszystko usystematyzować, stworzyć bazę edukacyjną dla branży i profesjonalistów, nie tylko muzyków.

HEMI to wstęp do tego, jak kierować decyzjami z perspektywy artysty, menadżera czy osób chcących się zajmować muzyką w sposób profesjonalny. Oferujemy zestaw narzędzi, czas ekspertów, godziny spotkań i rozmów, a nie suche panele. Mamy HEMI Music Award, czyli program adresowany do muzyków, oraz HEMI Incubator skierowany do specjalistów pracujących w branży muzycznej.

MW: W ramach programu Tak Brzmi Miasto Inkubator celujemy w tzw. emerging artists, czyli początkujące kapele mające aspiracje, żeby się rozwijać i wypływać na szersze wody. Nie działamy już wyłącznie w Krakowie, lecz w kilku miastach w Polsce. Maja skłoniła nas, żeby traktować HEMI jako drugi poziom tej działalności. HEMI daje możliwość współpracy z dużymi międzynarodowymi partnerami – np. festiwalem Exit (Serbia), konferencją PIN (Macedonia Północna) czy organizacją Music Estonia – ale mały zespół z Krakowa czy Suwałk nie będzie na nią gotowy. Musimy najpierw „wyinkubować” tych artystów w Polsce, żeby później pchnąć ich na wyższy międzynarodowy poziom za pomocą większej platformy. Przy TBM Inkubator pracują dwie organizacje: Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” i Krakowska Scena Muzyczna, a w HEMI tych organizacji jest dziesięć w dziewięciu krajach. To większe zasięgi, budżety, złożoność projektu.

„Z rozmów i networkingu rodzą się narzędzia,
które pomagają działać na rynku”

Czy marka HEMI przyniesie prestiż artystom, którzy będą z nią kojarzeni?

MŁ: To nasze marzenie, ale nie oszukujmy się, na razie pracujemy nad rozpoznawalnością samej marki. Projekt powstał dwa lata temu, rok temu zaczęliśmy pierwsze działania, teraz wychodzimy do ludzi. Musimy najpierw zbudować wśród artystów świadomość tego, czym jest HEMI, żebyśmy później mogli taki znak jakości rozdawać.

W HEMI mamy wielu różnorodnych partnerów – zrzeszamy organizatorów konferencji eksperckich, jak wspomniana konferencja PIN czy rumuńska Mastering the Music Business, ale mamy też Exit, jeden z największych festiwali muzycznych w tej części Europy, porównywalny z polskim Open’erem. W tym momencie, proponując zespołom udział w HEMI Music Award, dajemy im możliwość trafienia do publiczności ważnych wydarzeń na arenie europejskiej. To nie tylko nasze lokalne Wianki, ale również Nouvelle Prague, Tallinn Music Week czy MENT Ljubljana. O sile HEMI stanowi więc różnorodność, ale też duże marki stojące za tym, co będziemy budować.

MW: Dużym wyzwaniem jest zbudowanie na tych filarach rozpoznawalnej wspólnej marki, która będzie znakiem jakości oznaczającym sumaryczne działania wszystkich partnerów. Jednak nawet gdyby to się nie udało, to nadal wszystkie działania realizowane w ramach HEMI mają sens i stanowią realną wartość, bez względu na PR-owe postrzeganie samej marki.

Oprócz programów HEMI Music Award oraz HEMI Incubator powstanie również HEMI Digital, czyli platforma cyfrowa umożliwiająca przegląd tego, co w którym kraju działa, jego zespołów i ekspertów. Z mojej perspektywy najważniejsze składniki to networking i mobilność, które w 2020 roku z wiadomych względów udały się w umiarkowanym stopniu. Wydaje się, że to dodatek, a tak naprawdę rzeczy dzieją się właśnie dzięki nim. Wniosek do UE to jedna kwestia, natomiast jak będziemy mogli pojechać, pogadać, poznać dziesiątki nowych ludzi, to zaraz powstaną kolejne projekty, bo się okaże, że „ja robię to, ty robisz tamto, zróbmy to razem”. Z takich rozmów i networkingu rodzą się narzędzia, które pomagają działać na rynku.

Swoje działania rozpisaliście na cztery lata (2020‑2023). Wybuchu pandemii na samym początku drogi chyba nikt nie brał pod uwagę…

MŁ: Wspomnieliśmy o głównych założeniach programu – mobilność, networking, Music Award, Incubator, Digital. Z nich musimy się wywiązać. Mamy jednak dużą przestrzeń do manewrowania szczegółami, które możemy dostosowywać do zaistniałej sytuacji. Ta elastyczność jest niezwykle ważna, co pokazał miniony rok: gdyby nie ona, to tego projektu już by nie było. Musimy się nauczyć funkcjonować w nowej rzeczywistości.

Przez pandemię nie ma mobilności w formie tradycyjnej, ale ta łączność, bliskość jest paradoksalnie o wiele łatwiejsza. Spotykamy się w gronie partnerskim na Skypie praktycznie co tydzień. Gdyby to była „zwykła” mobilność, ograniczylibyśmy się zapewne do wpisanych w projekt kilku spotkań w czasie partnerskich konferencji, a teraz pracujemy wspólnie niemal cały czas – jesteśmy w stanie bardziej się zaangażować, widzimy większe potrzeby tego projektu. HEMI Music Award jest tego idealnym przykładem. Według pierwotnych założeń zespoły zakwalifikowane do trzeciej fazy miały zapewnione występy na partnerskich konferencjach, a teraz musimy kombinować – przecież nie wyślemy zespołów w trasę, skoro nie można robić koncertów. Myślimy więc o alternatywnych drogach dotarcia, promocji, zastanawiamy się, w którą stronę będzie zmierzała branża. To fascynujące.

„W czasie pandemii
łączność jest paradoksalnie o wiele łatwiejsza”

Tuż przed świętami zamknęliście nabór do HEMI Music Award, a w ostatnich dniach stycznia poznamy laureatów pierwszej fazy programu. To nie tyle wyróżnienie pokroju Grammy czy Fryderyka, co raczej zachęta do działania.

MW: Nie jest to nagroda typu „zapraszamy na galę, klepiemy po plecach i czekamy na mowę dziękczynną”, to wyróżnienie, które pokazuje uznanie środowiska. Członkowie jury – w Polsce jesteśmy to my z Mają oraz dyrektor muzyczny Antyradia Marcin Bąkiewicz – pracują w branży na co dzień, w pozostałych ośmiu krajach jest podobnie. To grono z kilkuset zgłoszeń wybierze najpierw 27 zespołów, później wyłoni z nich dziewięć, a następnie finałowe trzy. Ciężko mówić, czy samo przyznanie nagrody, uznanie komisji dają artystom jakieś realne korzyści. Sama nagroda pewnie nie. Ale eksperci będą mieli okazję posłuchać tych zespołów, przyjrzeć im się bliżej, co przełoży się na to, że później na Wiankach w Krakowie zagrają zespoły z Serbii, w Serbii zaprezentują się Węgrzy, a na Węgrzech wystąpią artyści z Polski. To jest ciekawy efekt uboczny tego działania.

Mam ze swoim zespołem [Cinemon – przyp. red.] przeszłość konkursową w Polsce. Wiele przeglądów wygrywaliśmy, wielu też nie wygrywaliśmy. Wtedy wydawało nam się, że jedziemy do domu z niczym, a po latach widzę, że to nie jest prawda. Nie zgarnęliśmy 10 tysięcy złotych nagrody, natomiast poznaliśmy kilku jurorów, oni poznali nas i nagle okazuje się, że znamy się z kilkunastoma osobami, dziennikarzami, do których możemy wysłać nasze nagranie – ktoś puści je w radiu, ktoś o nim napisze, a ktoś zabukuje nas na festiwalu. W przypadku HEMI jurorami są organizatorzy naprawdę zacnych wydarzeń, a więc dla artystów wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu ma totalny sens.

Prestiż też tam jest, tylko świat jeszcze o tym nie wie, to właśnie ta PR-owa robota przed nami. Oprócz prestiżu, uznania i korzyści bukingowych są jeszcze efekty edukacyjne. Zespoły wchodzą w nasz obieg – w grono organizacji, festiwali, ekspertów, z którymi mogą współpracować, zapytać o radę.

Do końca 2023 roku będziecie się starali realizować założenia, które sobie wyznaczyliście. A co potem?

MŁ: Naszym marzeniem jest to, żeby w momencie zakończenia dofinansowania HEMI była siecią już na tyle rozbudowaną i mocną, żeby mogła podejmować własne działania. Mamy biznesowe podejście. To nie ma być projekt, który za trzy lata umrze. Robimy wszystko, żeby go zakorzenić, wypracować mechanizmy wspierające, żeby po tym czasie mógł niezależnie funkcjonować w środowisku muzycznym.

Rozmawiał Bartosz Suchecki, „Karnet”

Obserwuj HEMI w mediach społecznościowych:
Facebook
Instragram
Twitter
YouTube

więcej

udostępnij

Zamknij Nasz strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych, marketingowych i promocyjnych. Możesz wyłączyć tą opcję w ustawieniach prywatności swojej przeglądarki.